Próba mikrofonu (00×00)

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tekstu nie będziecie mieli poczucia zmarnowania czasu. Ciągle próbuję coś pisać, w ciągu ostatnich trzech miesięcy zacząłem trzydzieści wpisów, z czego skończyłem kilka, a tylko jeden wydał mi się na tyle dobry, by się nim z wami podzielić (dziś szczerze tego żałuję). Nadszedł czas, by przestać się martwić i pokochać bombę atomową.

Wciśnij CYNGIEL, by rozbryzgać swój mózg na ścianie. Nowy rok, nowa ja, co za brednie.

Problem przeludnienia jest realny. Nie da się wyjść na ulicę i nikogo nie spotkać, wszędzie pieprzone samochody i piechurzy poruszający się w żółwim tempie. Jeśli w drodze do pracy nie muszę ani razu przejść na drugą stronę ulicy, by kogoś wyminąć, jestem prawie szczęśliwy. Miasto numer B chyba nie jest przystosowane do tego, bym w nim mieszkał. Spędzenie połowy dzieciństwa i dorastanie w zaginionej osadzie odcisnęło nieodwracalne piętno. Wykształciłem w sobie bezzasadne przywiązanie do luksusu samotności. Miałem taki las, gdzie mogłem spacerować z psem i prawie nigdy nikogo nie spotykałem. Teraz mam rzekę i rachityczny lasek, ale tylko w weekendy i notorycznie gwałcone przez czyjąś obecność.

Większość weekendów spędzam u rodziców. Prawie nigdy całe, bo już mam co robić ze swoim życiem, ale i tak sześć godzin z tygodnia tracę na dojazdach. Jeśli zdecyduję się na podróż autobusem, muszę pojechać na dworzec, stanąć w kolejce, jeśli chcę mieć gdzie usiąść, i poczekać aż autobus przyjedzie. Potem tylko niecałe dwie godziny podróży do miasta numer A. Swoją drogą – studenci z ogromnymi torbami i babki z sąsiednich wiosek przeciskające się do autobusu – jaki to żenujący widok. W jakim ja kraju żyję, że firma otrzymująca państwowe dotacje nie potrafi zapewnić uczciwego transportu publicznego?

tu
TU
T U
Tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu…

Natomiast jeśli zdecyduję się na podróż z nieznajomym ogłaszającym się przez BlaBlaCar, sytuacja może rozwinąć się różnie. Sama podróż trwa tylko godzinę, zdarza się też, że kierowca podjedzie pod sam blok. Czasem jednak kierowca jedzie z innego miasta, ma nieprzewidziane opóźnienie i trzeba czekać w bezużytecznym napięciu. Gdybym kupił pieprzony samochód, nie miałbym takich głupich problemów. Nie wiem jednak, czy jestem już gotowy na nowe źródło nieprzewidzianych wydatków. Do tej pory całkiem przyjemnie odkładało mi się kasę z mojej niewielkiej wypłaty.

Jeśli w życiu chodzi o to, żeby widzieć nowe miejsca, to jak do tej pory swoje przegrywałem. Tylko drogę z miasta numer B do numer A znam już do obrzydzenia, a mimo to nie potrafię odlać się do końca przed podróżą, tak bardzo zżerają mnie nerwy. Ostatnio mam ochotę zadzwonić do jakiegoś kierowcy z ogłoszenia, wyjechać z nim o trzeciej w nocy do miasta na drugim końcu Polski, zjeść tam hamburgera i wrócić do domu. Został mi tydzień urlopu z poprzedniego roku. Zastanawiam się, czy wykorzystać go na wyjazd w polskie góry, czy może polecieć do jakiegoś cieplejszego kraju. A nawet jeśli będę chciał kogokolwiek zabrać w tę magiczną podróż, to jestem ciekawy, czy ktokolwiek będzie chciał w nią ze mną w nią wyruszyć.

Aktor nr 1: Czy czujesz się czasem jak śmieć?
Aktor nr 2: Nie, dlaczego?
A1: Hmm, dziwne. Moim zdaniem powinieneś. Na twoim miejscu bym się zabił.
A2: Ale co na to moi rodzice?
A1: Ale że niby co? Naprawdę myślisz, że wszystko kręci się wokół ciebie? Masz tu broń.
Aktor nr 1 wyciąga zza pasa glocka i podaje Aktorowi nr 2.
A2: Jesteś chory.
A1: Wszystko, co robię, służy temu, by zredefiniować znaczenie słowa ciemność. Z uporem maniaka próbuję przesunąć granicę, z czego można się śmiać. Kiedyś jechałem autobusem i zobaczyłem billboard reklamujący centrum handlowe ze sloganem Błyszcz w trumnie. Potem zorientowałem się, że źle przeczytałem napis.
A2: Co tak naprawdę było tam napisane?
A1: Błyszcz w tłumie. Śmiał się cały autobus, mimo że nikomu o tym nie powiedziałem.
A2: To najgłupsza rzecz, jaką słyszałem w życiu! Będzie mnie prześladować do końca moich dni i nie pomoże tu żadna melisa! Przekonałeś mnie.
Aktor nr 2 przykłada pistolet pod brodę i wciska cyngiel. Mózg nie rozbryzguje się po ścianach i suficie, bo jesteśmy na scenie teatru, gdzie takie rzeczy są zazwyczaj w dużej odległości od siebie. Poza tym nie potrafimy wiernie naśladować takich rozbryzgów bez uśmiercania aktorów.
Aktor nr 2 jest zdziwiony, pada rozstrzęsiony na kolana. Aktor nr 1 zanosi się opętańczym śmiechem. Na scenę wbiegają Afropolacy przebrani za policjantów. Celują z pistoletów w Aktora nr 1, krzycząc coś po arabsku. Ten wyciąga zza pasa dwa pistolety Desert Eagle i rzuca się w lewą stronę w spowolnionym tempie, strzelając do Afropolaków. Ci padają po kolei – również w zwolnionym tempie. Aktor nr 1 wstaje i podchodzi do klęczącego Aktora nr 2.
A2: Zabij mnie. Proszę. Ta sztuka i tak została już splamiona popkulturową przemocą i śmiercią w takim stopniu, że moje przetrwanie niczego nie ocali.
A1: Tak, bo jesteś śmieciem.
Aktor nr 1 przykłada pistolet z prawej dłoni do czoła Aktora nr 2 i wciska cyngiel. Aktor nr 2 pada na plecy i wygląda śmiesznie z tymi swoimi stopami pod plecami.

Ogólnie to całe życie wśród ludzi nigdy mnie szczególnie nie bawiło. Jedna osoba na podstawie moich wypowiedzi stwierdziła, że nie znoszę Polaków, dwie inne, że chyba nie lubię ludzi w ogóle. To wszystko prawda, ale na całość składa się pytanie jeszcze innej osoby o to, czemu tak siebie nienawidzę. Możecie się ze mnie śmiać, ale od czasu kiedy usłyszałem to pytanie, wiele się zmieniło.

Nienawidzę siebie i was wszystkich za wszystkie rozczarowania, jakie mi fundujemy. Za naszą niedoskonałość, głównie za skłonność do siedzenia we własnych szczynach. Nienawidzę wszystkich palaczy, narkomanów oraz pijaków – niedzielnych i nałogowych. Nie cierpię współpracowników, którzy spóźniają się do pracy, spędzają godzinę dziennie w kiblu, drugą na obiedzie, a trzecią, grając w Quake’a, gdy szef pójdzie do domu, bo w przeciwieństwie do ciebie przyszedł na siódmą. Nienawidzę ludzi za to, że są tacy nudni – gdy spotka się dwóch facetów, którzy średnio się znają, na sto procent będą rozmawiać o pieprzonych samochodach albo piłce. Nienawidzę autorów zlewu zawalonego patelniami zabrudzonymi tydzień temu i przekleństw z piętra wyżej. Nienawidzę siebie za hipokryzję. Za to, że tak wiele wymagam od ludzi, za to, że tak boli mnie, gdy tego nie dostaję. I za to, że tak niewiele dla nich daję, też się nienawidzę. Nie znoszę siebie za to, że tak często brakuje we mnie woli życia i za to, że tak bardzo jest to widoczne dla przypadkowo napotkanych ludzi.

Hej, ciągle potrafię narzekać i użalać się nad sobą! Muszę zacząć częściej robić użytek ze swojego jedynego talentu.

Koszty utrzymania ciała

Nadchodzi zima. Przez chwilę miałem wrażenie, że moje skrzydła odleciały beze mnie, ale już mi przeszło. Powikłania pogrypowe zmusiły mnie do odwiedzenia lekarza rodzinnego. Pierwszy raz od kilkunastu lat brałem antybiotyk. Przez tydzień nie chodziłem na treningi – i tak nie miałem na nie siły, poza tym nie warto wystawiać obniżonej odporności na próbę. Spałem więcej, przez co często nie robiłem sobie śniadań. Wsuwałem słodkie bułki jak za starych dobrych czasów. Lepsze to niż nic, ale bez jajek, warzyw i odrobiny mięsa nie ma prawdziwego śniadania. Kiedyś nie dałbym rady przełknąć przed piętnastą niczego, co zawierałoby odrobinę oleju, dziś nie wyobrażam sobie dobrego dnia bez porządnego posiłku na start.

Na początku szukałem informacji, co i jak jeść, ale dość szybko sobie odpuściłem, bo w każdej kwestii jest tyle opinii, że można się pogubić. Wykluczenie forów internetowych niewiele pomogło. Chciałbym wierzyć, że opinia dietetyka, który poświęcił kilka lat życia na studia i jeszcze kilka przepracował w zawodzie, jest coś warta. Ale nawet ludzie z tytułami naukowymi reprezentują tak skrajnie różne szkoły, że im chyba też nie zaufam. Jeszcze gorzej niż z witaminą C, o której jedni krzyczą, że liczy się tylko naturalna, inni, że liposomalną, kolejni, że trzeba jeść kilogramami, a jeszcze inni, że tylko lewoskrętna (i co z tego, że nie ma czegoś takiego).

Pewien znany ktoś, kto miał dom i sad, powiedział mi o diecie paleo. Początkowo wydała mi sięstrasznie głupia – rezygnacja z chleba, zbóż, kaszy, mleka i cukru – to brzmiało jak sposób na powolne umieranie z głodu. Na śniadanie jadłem wtedy zazwyczaj owsiankę z owocami albo czarny chleb z twarogiem i miodem, nie wiedziałem, czym miałbym to zastąpić. Potem poszukałem więcej informacji i dałem się zwieść żydomasonerii. Niektórzy zwolennicy takiego stylu życia bardzo lubią teorie spiskowe o tym, że koncerny chcą zawładnąć ludzkimi umysłami, aby zabrać wszystkie pieniądze. Są w nich jakieś ziarna prawdy, ale płukanie zębów olejem kokosowym zamiast mycia z użyciem pasty do zębów to ciężka przesada (do pasty i do wody z wodociągów jest dodawany fluor, by społeczeństwo było bardziej posłuszne, PS to prawda).

Z tej diety wyniosłem dla siebie następującą naukę – kiedy idziesz do Biedry, paszteciarzu, nie ładuj do wózka żadnych rzeczy, które są w plastikowych albo foliowych opakowaniach. No, chyba, że jest to olej, tego nie sprzedają na wagę. Poza tym jeśli jakaś rzecz jest blisko kasy i błyszczy, na pewno jej nie potrzebujesz. Wysoko przetworzona żywność jest niezdrowa. To aksjomat. Mając z tyłu głowy tę mądrość życiową, przestałem jeść chleb oraz słodycze, ograniczyłem przetwory z mleka kasze oraz inne produkty zbożowe. Ktoś może zapytać, co mam do mleka, które nie jest wysoko przetworzone. Do takiego nie mam nic, ale takiego nie można kupić w sklepie. Jeśli chodzi o kasze, nie są one sycące. Dzięki unikaniu zapychaczy straciłem siedem kilogramów. Czuję się lekki, poza tym jem trzy razy dziennie zamiast sześciu – to spora oszczędność czasu.

Jeśli robiłeś sobie placki ziemniaczane, to wiesz, co się z nimi dzieje po dwóch godzinach. Widziałem w sklepie tackę takich placków. Z ciekawości spojrzałem na termin przydatności do spożycia – prawie tydzień. Nawet moja siedemdziesięciojednoletnia babcia opowiadała mi o tych plackach. To był jej dowód na to, że w dzisiejszych czasach w sklepach można kupić wszystko. Swoją drogą, nie pamiętam, kiedy ostatnio ją coś tak rozbawiło jak to jedzenie. W głowie się jej nie mieściło, że ktoś może coś takiego kupić, zamiast poświęcić dwadzieścia minut na zrobienie ich samodzielnie.

Ja to rozumiem, bo zdarza mi się od wielkiego dzwonu kupić zapiekankę albo lasagne, którą wstawiam do mikrofalówki, gdyż na jedzenie z piekarnika za długo trzeba czekać. Po zakończonej konsumpcji mogę spokojnie zacząć przygotowanie obiadu, który wezmę następnego dnia do pracy, nie umierając przy okazji z głodu. Nie ma w tym niczego fascynującego, ale pozwala uniknąć jedzenia w barze albo zamawiania na dowóz. Przez długi czas wychodziłem ze współpracownikami na przerwę obiadową, ale przestałem z kilku powodów. Po pierwsze, wyjście było najczęściej odwlekane co kilkanaście minut i zamiast wyjść o dwunastej, wychodziliśmy na przykład w pół do drugiej, kiedy byłem głodny i wściekły jak sto diabłów. Po drugie, wychodzenie jest czasochłonne. Zamiast pracować, siedzimy i gadamy o bzdurach, mimo tego, że od pół godziny nikt nie je. Po trzecie, sam potrafię sobie zrobić taniej i więcej. Za siedemnaście złotych zrobię dwa obiady i jedną kolację. Po czwarte, wychodzenie z biura przypominało mi o tym, że kiedyś paliłem podczas tych magicznych podróży. Po piąte, odzyskałem smak i nie jest mi już wszystko jedno, co jem. Jedzenie, które z podgrzewacza, jest tym gorsze, im później przyjdziesz do baru. Jeśli chodzi o jedzenie na dowóz, jest przede wszystkim za drogie i są to posiłki zbyt ciężkie, by jeść je przed ćwiczeniami.

Gotowanie. Co za strata czasu. Gdyby nie to, że muszę jeść, pewnie miałbym już czterdzieści lat i byłbym prezydentem. Kiedy dowiedziałem się, czym jest Soylent, pomyślałem sobie taki dźwięk, którego nie potrafię zapisać – taki oznaczający, że to jest to i ja tego chcę. Poczytałem i okazało się, że to wegańskie. Coraz mniej mi się to podobało, ale drążyłem temat. Wynalazcą Soylentu jest niejaki Rob Rhinehart, programista. Wpiszcie sobie jego nazwisko w Google i przejdźcie do widoku grafik. W moim przypadku zakończyło to rozważania na temat słuszności tego wynalazku. Powtarzaj tę czynność za każdym razem, gdy przyjdzie ci do głowy myśl, że Soylent może być właśnie dla ciebie.

Mój dowód na to, że życie jest dobre – enchilada z wołowiną i papryczkami jalapeño z mojej ulubionej knajpy serwującej różne rodzaje naleśników. Opowiem ci pewną historię. Raz zdarzyło mi się zamówić do biura naleśniki dla siebie i swoich współpracowników. Któryś zaczął narzekać, że naleśniki to tak nie bardzo, bo gdyby była pizza, to on by mógł jedną ręką programować, a drugą trzymać kawałek. Ktoś zapytał, co by zrobił, gdyby miał trzecią rękę. Ja mu natomiast zaproponowałem, aby zaczął się leczyć jeszcze dziś i zadzwoniłem po naleśniki. To było bardzo śmieszne, kiedy kilka minut później jadł trójkątną kanapkę kupioną w Żabce.

Zurück

Dotarła do mnie informacja, że Ukraińcy zatrudnieni w pewnym zakładzie drobiarskim dostają za darmo mieszkania i jedzenie, a Polacy nic. Pewnie bym się oburzył, gdyby nie to, że dwa lata temu przepracowałem wakacje w tej firmie. Wiem, że Ukraińcy zarabiają siedem złotych za godzinę, pracują po dwanaście godzin dziennie i nie mają wolnych sobót. W czteropokojowym mieszkaniu kwateruje się około siedmiu osób. Opłaca je nie przysłowiowy polski rząd, a agencja, w której zatrudnieni są ukraińscy pracownicy. Jeśli chodzi o obiady, dostaje je każdy, kto pracuje w tej firmie. Składają się z ciepłej zupy, chleba, zimnych produktów firmowych i letniej, przesłodzonej herbaty. Jeśli ktoś miał ochotę, mógł przyjść do stołówki na śniadanie i kolację. Chyba więcej nie uwierzę w doniesienia o tym, że Ukraińcy są przyjmowani w polskich szpitalach poza kolejnością.

Ta rewelacja nosiła znamiona prawdopodobieństwa i gdybym tam nie pracował, mógłbym się nabrać, bo nawet nie starałbym się tego zweryfikować. Mam w zwyczaju sprawdzać wszystkie szokujące doniesienia. Okazuje się, iż większość z nich pochodzi ze stron ze śmiesznymi obrazkami. Czasem zdarza się, że na ich podstawie ktoś napisał artykuł, ale oczywiście nie podawał źródła. To irytujące jak piesi idący ścieżką rowerową, gdy nie masz dzwonka ani prawa do bezkarnego pobicia człowieka.

Kiedyś usłyszałem od swojej babci, że pewien ksiądz, co okazał się być gejem, dostaje dotacje z Unii Europejskiej i z tego żyje. Zapytałem się, że ale jak to, że niby za co? Odpowiedziała, że właśnie za to, że jest gejem, bo Unia wspiera takie dewiacje. Drodzy przeciwnicy Unii Europejskiej, macie kolejnego asa w rękawie.

Matko i córko. Nie wiem z czego wynika ta łatwowierność. Z chęci użalania się nad sobą? Być może to próba obarczenia winą za swoje niepowodzenia obcych sił. Bo jak w tym kraju ma być dobrze, kiedy biały, heteroseksualny mężczyzna nie ma już żadnych praw, bo zabrali mu je arabscy Murzyni żydowskiego pochodzenia oraz homoseksualne, transseksualne feministki. O jakie prawa chodzi, nikt nie potrafi powiedzieć, ale nie można pozwolić na zniszczenie tradycyjnej polskiej rodziny. A może po prostu ludzie lubią myśleć, że tylko oni są mądrzy, a wszyscy inni – głupi? Być może świadomość, że ktoś gdzieś podjął absurdalną decyzję, jest przyjemna? Można się zapytać po raz setny o to, dokąd ten świat zmierza. Najlepiej kogoś, kto na pewno powie, że ku zagładzie.

Aktor nr 1: Porozmawiajmy.
Aktor nr 2: O czym mam z tobą rozmawiać, śmieciu?
A1: Uwielbiam rozmowy o pogodzie. Są takie bezpieczne, nawet gdy przeprowadza się je z ludźmi niezrównoważonymi psychicznie.
A2: Tak? Ciekaw jestem, co mi masz do powiedzenia na temat dzisiejszej aury?
A1: Uważam, że mamy dziś fantastyczną pogodę.
A2: A mi się tak średnio podoba. I szczerze wpienia mnie to, że masz inne zdanie.
A1: Dlaczego? Nie lubisz, jak świeci słońce?
A2: To akurat jest w porządku. Nie odpowiada mi temperatura. Jest co najmniej o dwa stopnie Celsjusza za niska.
A1: Jutro ma być tak, jak pragniesz. W pogodzie dziś tak mówili.
A2: Tak? A gdzie oglądałeś?
A1: No, na Jedynce.
A2: Tam kłamią! Na Dwójce mówili, że będzie o jeden mniej!
A1: Ty chyba durny! To na Dwójce kłamią i jeszcze papieża obrażają!
A2: Nie pozwolę tak bezkarnie obrażać swojej ulubionej telewizji! A masz!

Aktor nr 2 atakuje Aktora nr 1 lewym prostym między oczy. Aktor nr 1 robi zakrok na prawą stronę, unikając w ten sposób ciosu. Kontruje prawym prostym, potem lewym prostym z dostawieniem nogi prawej. Zamyka prawym i lewym z krawędziowaniem. Głowa Aktora nr 2 leci na parkiet i rozbija się. Z jego czaszki wylewa się mózg. Na miejsce zdarzenia przybiega trzech Afropolaków z mopami i wiadrami. Wycierają z podłogi powiększającą się czerwoną kałużę.

A2: Ty mnie sprowokowałeś…

Aktor nr 2 wymiotuje krwią. Afropolacy rzucają mopami o podłogę, padają na kolana i wyciągają ręce w górę, patrząc na sufit i przeklinając po arabsku. Aktor nr 1 odwraca się do publiczności. Mówi w taki sposób, jak Bogusław Wołoszański o czołgach w ,,Sensacjach XX wieku”.

A1: Jeśli do wyprodukowania kurtki nie zabito żadnego zwierzęcia, jest ona nieważna. Kurtka wypchana pierzem ujdzie. Nikt nie skubie żywych ptaków, więc złożona z nich ofiara sprawia, że noszący nie traci tak wiele ciepła. Prawdziwie magiczne kurtki są jednak zrobione ze skóry dużych zwierząt. Mnie chronią owca i świnia. Ktoś mógłby zapytać o to, co bym powiedział, gdyby ktoś ze mnie uszył sobie kurtkę. Mógłby jeszcze dodać, że na przykład nie je kurczaka, a też nie wierzy w Boga. Chyba bym nie wiedział, jak na to odpowiedzieć, nie mieszając w to setki innych problemów współczesnego świata. Też chciałbym myśleć, że jestem dobrym człowiekiem, bo nie wydaję rozkazów bombardowania miast na Bliskim Wschodzie. Czasem krzyczę na ludzi bez powodu, a potem jest mi głupio.

Klakierzy klaszczą. Aktor nr 1 odwraca się do Aktora nr 2, którego poziom życia spadł do siedemnastu punktów na sto.

A1: Mój plan zadziałał perfekcyjnie. Dałeś się sprowokować przez głupią rozmową o pogodzie, a ja cię pokonałem w uczciwej walce. Uszyję z ciebie kurtkę. Zastanawiam się, na jaki kolor ją przemalować.

A2: Błagam, tylko nie na czarny…

Aktor nr 2 umiera.

Wywiad z Najwyższym Kapłanem Kościoła Wytrzymałości, Mt III

Rutyna gryzie twardo i ambicje są niskie? Życie nie chce powiedzieć niczego miłego, nie słucha próśb i pędzi, nie dając odpocząć? Istnieje proste rozwiązanie problemu twojego problemu! Wszystkich Świętych może być twoim świętem już od dziś! Nie czekaj i zaskocz swoich bliskich!

Redaktor: W ostatnim wywiadzie dla „Skandalu” mówił pan, że nieustannie czuje czyjąś obecność – tak, jakby ktoś pana obserwował. Wspominał też pan, że nigdy nie widział oczu tej istoty. Czy to przytłaczające?
Mt III: Wielu myśli, że kiedy myślę o tym, co wydarzy się w ciągu kilku najbliższych sekund, widzę mrok i słyszę straszną muzyczkę. To prawda, ale nie wolno zapominać o paszczy bestii kłapiącej w oddali. Ona chce połknąć całą planetę.
R: To straszne. Moja żona, Helena, często tak mówi. Lubię, kiedy to robi, niezależnie od tego, co jest takie straszne.
M: Co to za pytanie?
R: Co to za odpowiedź?
(chwila krępującej ciszy, intensywność intensywnieje)
R: Wydaje mi się, że utknęliśmy w martwym punkcie. Zostało nam niewiele czasu, niebawem wszyscy umrzemy i po naszej rozmowie zostaną tylko zielone literki na czarnym tle. Czy taką wizję przyszłości powinniśmy traktować symbolicznie, czy raczej literalnie?
M: Odpowiadając panu na to pytanie, przytoczę pewną anegdotę. Pewien człowiek miał przyjaciela, widywali się dosyć często, potem trochę rzadziej, kiedy ten przyjaciel poznał pewną dziewczynę. Tak się złożyło, że ten drugi umarł. Z jakiegoś powodu ten pierwszy się na niego za to obraził i, aby wyrazić swoje niezadowolenie, zaczął go odwiedzać wyłącznie na cmentarzu.
R: To wyjątkowo pasywno-agresywne zachowanie.
M: Bez wątpienia, ale na jego usprawiedliwienie warto dodać, że był w trakcie przemiany charakterologicznej. Pracował już więcej niż rok. Zrozumiał, że pot i mocz są bardzo podobne w zapachu, więc zaczął brać prysznic po treningach – nie bał się już pokazywać nago. To niezwykle odważne z jego strony, gdyż środowisko bokserskie potrafi być wyjątkowo nieprzyjazne dla początkujących. Nie dość, że jego członkowie potrafią wyśmiewać wielkość narządów rozrodczych nowo przyjętych klubowiczów, czasem dokonują aktu ostatecznego upokorzenia poprzez wykorzystanie seksualne. Ale wróćmy do tematu. Jak zareagował zmarły przyjaciel na ten akt oporu? Początkowo nijak. Należał do tego rodzaju ludzi, którzy kiedy pluło im się w twarz, mówili, że pada.
R: Co przelało czarę goryczy?
M: Znicz. Ten żywy dość szybko się zorientował, że jego protest nie przynosi zamierzonego efektu, więc któregoś razu przyniósł znicz o połowę mniejszy niż zwykle. Palił się tylko 16 godzin!
R: To musiało zaboleć.
M: Dokładnie tak. Koledzy pobili się, ktoś to zobaczył i wezwał policję. Kiedy radiowóz dotarł na cmentarz, było już za późno. Nie zostało nic, co miałoby jakikolwiek sens. Ktoś mógłby zapytać, jaki morał wynika z tej historii. Nie ma go. To samo dotyczy sensu pytania o sposób, w jaki powinniśmy rozumieć wizje.
R: Jak może pan żyć, będąc tak martwym w środku?
M: Niech pan nie będzie śmieszny, panie redaktorze. Na oglądanie napisów końcowych zawsze jest czas. Nie zamieniłbym na nie tych chwil, kiedy jadę samochodem, paląc papierosa i słuchając doom metalu, wzdłuż Via Appia, gdzie krzyżuje się przeciwników politycznych na tle czerwonego nieba.
R: Podobno rzucił pan palenie? Czyżby to był koniec abstynencji?
M: Skądże, po prostu mam niezwykle plastyczną wyobraźnię. Wystarczy mi pamięć o tym, co chciałem osiągnąć, nie muszę przecież mordować ludzi, by poczuć tę satysfakcję. Kiedy na podłogę wyleje się pięć litrów krwi i jeszcze trochę innych płynów, okazuje się, że aby wytrzeć ją mopem, wiadro trzeba wylać więcej niż raz. To zbyt pracochłonne.
R: Przypomina mi to casus wody butelkowanej. To najprawdopodobniej największe oszustwo od czasów pomyłki dietetyków w sprawie szkodliwości tłuszczów. Ludzie kupują butelkowaną wodę, podczas gdy mają w kranach wodę równie dobrą i o wiele tańszą.
M: Nie widzę związku.
R: To w pewnym sensie eksperyment. Możemy odwrócić uwagę bestii, reagując na wydarzenia z nią związane w sposób nieprzewidywalny. Po pewnym czasie bestia powinna znudzić się poszukiwaniem związku przyczynowo-skutkowego i przepaść w czerni.
M: Nie sądzę, by mogłoby to nam pomóc w jakikolwiek sposób. Ona żywi się strachem, absurd jest jego objawem aż nazbyt oczywistym. Poza tym ona jest nienasycona, mówili o tym w radiu. Nawet w ostatnim momencie istnienia ludzkości, gdy wszyscy bez wyjątku zaczną robić dostawienie po wykroku nie dlatego, iż pomyśleli, że dobrze byłoby tak zrobić – nie, po prostu zadziała pamięć ciała. Nawet wtedy, gdy pole widzenia będzie obejmowało jedynie i z wielkim trudem końce nosów, właśnie wtedy, gdy sznur stanie się symbolem niczym nieuzasadnionego optymizmu, bestia znajdzie sposób, by przerazić nas jeszcze bardziej.
R: Ultima pregunta. Wollen Sie die Füße und die Fäuste in Flammen sehen?
M: Nein, danke.
R: Vielen Dank für das Gespräch.

Przebłysk

Praca pochłonęła mnie bez reszty. Gdyby nie treningi, mógłbym powiedzieć, że bywam tylko w domu i w biurze. Ze znajomymi spotykam się średnio raz na miesiąc. Ignorowałem konsekwentnie nawet imprezy firmowe. Nie miałem ochoty w nich uczestniczyć i chyba nikt mi nie miał tego za złe. Zrobiłem tylko jeden wyjątek, gdy odbyło się pożegnanie dwóch pracowników z innego działu. Z jednym często paliłem papierosa na balkonie, ale rozmawialiśmy tylko o pogodzie. Drugiemu zgłaszałem jakąś usterkę w aplikacji, ale na pożegnalnej imprezie okazało się, że nie wiedział, jak się nazywam. Trochę dziwne, gdyż moje okazjonalne napady szału powinny zostać dostrzeżone w innych pokojach. Możliwe, że nazywali mnie „tym idiotą” albo jakoś podobnie.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że niemal się nie znaliśmy, ale uznałem, że powinienem zostać na imprezie pożegnalnej. Gdybym to ja odchodził z firmy i zorganizował z tej okazji przyjęcie, na pewno chciałbym, by pojawiło się na niej jak najwięcej osób.

Szkoda, że na imprezie nie zostali moi najbliżsi współpracownicy, może dałbym radę wysiedzieć tam dłużej. Co prawda nie są to prawdziwi koledzy i lepiej się czuję, gdy z nimi nie rozmawiam, ale byli dla mnie bliżsi niż ludzie z innych działów. Przyzwyczajenie. Kiedy się pytałem, czy ktoś zostaje, okazywało się, że akurat tego dnia każdy wyjeżdżał z miasta. W momencie, gdy usłyszałem to samo od czwartej osoby, powiedziałem, że na ich pogrzeb też nikt nie przyjdzie i mama się nie liczy, bo to nie znajomy. Chyba już się przyzwyczaili do mojego poczucia humoru, bo stracili oddech tylko na chwilę. Część osób, która to usłyszała, nawet się uśmiechnęła.

Drętwo. Może tylko mi się wydawało, bo pierwszy raz niczego nie wypiłem na imprezie w firmie. Może jednak rzeczywiście tak było, bo została tylko garstka ludzi, a alkohol piło jeszcze mniej. Początkowo zapowiadało się lepiej niż się spodziewałem. Trzy osoby, które pracują pod tym szyldem od początku, opowiedziały kilka anegdot. Nawet się uśmiałem. Potem garstka słuchaczy rozdzieliła się na trzy grupy rozmówców, w żadnej z nich nie znalazłem dla siebie miejsca. Za ciężkie tematy jak dla kogoś, kto niedawno skończył dwadzieścia trzy lata.

Jeden z współpracowników miał niebawem wrócić z bardzo długiego urlopu. Chyba we wszystkich biurach świata jest taka tradycja, że powracającym z wakacji robi się dowcipy. Widziałem już, jak czyjeś biurko zostało oklejone karteczkami samoprzylepnymi. Tym razem ktoś wpadł na bardzo podobny pomysł. Postanowił pobrać z banku pięćdziesiąt złotych w jednogroszówkach i obłożyć biurko współpracownika tymi monetami.

Z kolei w moim piekielnym biurze powracającym z długich urlopów na biurku rozsypuje się kokainę, a w fotelu sadza się martwą prostytutkę. Śmiechom nie ma końca.

Autor pomysłu z groszówkami był najbliższym mi współpracowników wśród obecnych na imprezie. Po opowiedzeniu o tym, co zamierza, kilku osobom, stwierdził, że nic tu po nim. Poszedł sobie do domu, a ja poczułem się opuszczony. Ktoś zaproponował mi wódkę, ale odmówiłem. Od czterech miesięcy nie palę. Kiedy na swoje urodziny wypiłem dwa drinki z Martini, przez tydzień chodziłem po ścianach, tak silna była chęć zapalenia.

Zanim się zmyłem, uścisnąłem dłonie odchodzącym pracownikom. Potem wyszedłem z biura, wsiadłem na rower i pojechałem do domu. Trzy miesiące temu przeprowadziłem się w nowe miejsce. Mam bliżej do pracy, poza tym okolica jest spokojniejsza. Droga do pracy jest wspaniała, jeśli akurat nie trafię na pielgrzymkę w stronę mijanej przeze mnie szkoły. Wtedy mogę jechać jednokierunkową drogą pod prąd, nie muszę lawirować między dziećmi i ich matkami. Tak jak wtedy, gdy wracałem z biura tego piątkowego wieczoru. Wdychałem wilgotne powietrze, w którym obecny był zapach liści i kasztanów.

Zachorowałem. Pierwszy raz od pół roku odpuściłem sobie trening. Jestem w połowie drugiego opakowania aspiryny i nie czuję zapachu kurkumy (najprawdopodobniej przeklinanego przez wszystkich mieszkańców bloku) w przygotowanym przeze mnie jedzeniu. Czuję się świetnie. Z całą odpowiedzialnością ogłaszam nadejście jesieni.

Zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja (06×03)

Matko i córko, jak dawno tu nie pisałem.

Zauważyłem, że częstotliwość publikowania przeze mnie notek jest uzależniona od ilości spożywanego przeze mnie alkoholu. Samotnego picia nie uznaję, to jedna z najsmutniejszych form spędzania wolnego czasu, jaką można sobie wyobrazić. Okazji do picia w towarzystwie co prawda mi nie brakuje, ale raczej ich nie unikam. Najczęściej są to imprezy firmowe. Nie lubię ich, bo picie z ludźmi, z którymi prywatnie staram się rozmawiać wyłącznie o pogodzie, nie wydaje mi się czymś, co pozwala się odstresować. Pierwsza taka impreza była jednak bardzo pouczającym doświadczeniem, które zmieniło moje nastawienie nie tylko do współpracowników, ale do ludzi w ogóle. Była to jedyna balanga tego rodzaju, na której spędziłem więcej niż dwie godziny. Bawiłem się wtedy nie najgorzej. Jednak z każdym kolejnym wyjściem na balkon w celu zapalenia papierosa traciłem chęci do przebywania z tymi ludźmi. Za każdym razem paliłem z kimś innym. I wysłuchiwałem narzekań jednej osoby na kogoś, z kim paliłem pół godziny temu, albo na kogoś, z kim jeszcze miałem zapalić. Kiedy obudziłem się następnego dnia i przypomniałem sobie, czego się nasłuchałem od współpracowników, byłem po prostu zniesmaczony. Tak właśnie nauczyłem się rozróżniać kolegów od ludzi, z którymi tylko spędzam sporo czasu w tym samym miejscu.

Postanowiłem, że o niczym tym ludziom nie opowiem. Nie mam żadnych zainteresowań. Nie słucham muzyki, nie oglądam filmów. Nie mam żadnych znajomych ani rodziny, więc z nikim się nie spotykam. Jeżdżę między biurem a mieszkaniem najnudniejszym środkiem transportu, jakim tylko można sobie wyobrazić. Jeśli będę musiał z nimi o czymś rozmawiać, porozmawiam o pieprzonej pogodzie. Niech na podstawie sposobu, w jaki mówię o temperaturze powietrza, wywnioskują, jaki ze mnie skurwysyn.

Jaki związek ma picie z moim pisaniem? Alkohol wprawia mnie w sprzyjającą grafomanii chandrę i sprawia, że moja samokrytyka obniża się do takiego poziomu, bym mógł pokazać światu niemal wszystko, co wyjdzie spod moich palców. Nie jest tak, że kiedy nie piję, to nie piszę. Piszę tyle samo, co dawniej, ale albo notki nie wydają się wartościowe, albo są bardzo osobiste. Potrzebuję więcej czasu, by ocenić, czy publikując tego typu twórczość, nie zapędzę się za daleko z tym internetowym ekshibicjonizmem. Kiedyś lubiłem ten pijacki, smętny nastrój, teraz mi z nim nie po drodze. Do reszty straciłem jakąkolwiek odporność na szkodliwe działanie alkoholu. Nastrój, który pojawia się podczas picia, staje się raczej depresyjny niż melancholijny. Chyba do reszty straciłem jakąkolwiek odporność na szkodliwe działanie alkoholu, bo nastrój, który pojawia się podczas picia, staje się raczej depresyjny niż melancholijny. A może to tylko obecność mojej Muzy, bo jak wspomniałem, najczęściej piłem na imprezach firmowych.

W liceum przez rok uczyłem się łaciny. Z tych lekcji wyniosłem przede wszystkim zamiłowanie do języków obcych w ogóle. W tej chwili główny nacisk kładę na naukę języka hiszpańskiego – nie dlatego, że chciałbym kiedyś wyjechać do Hiszpanii czy innego Meksyku. Satysfakcję z nauki zapewniają te momenty, w których uświadamiam sobie, że jakieś słowa albo konstrukcje gramatyczne są podobne do tych w angielskim czy polskim. Największą nagrodą jest dla mnie jednak to, że coraz lepiej rozumiem teksty Brujerii i Asesino albo komentarze do filmów na YouTube. Czy poznawanie języka, w którym być może nigdy z nikim nie będę rozmawiał, ma jakiś głębszy sens – nie wiem. Jest to jednak jedna z tych nielicznych rzeczy, która sprawia mi prawdziwą przyjemność. Tak czy siak, z samych lekcji łaciny najbardziej utkwiły w pamięci sentencje. Wykuwałem je jak cała moja klasa na blachę. Nauczyciel był łaskaw omówić je jedna po drugiej, rozdając punkty za poprawne tłumaczenia i wprowadzając rozmaite dygresje. Mówił na przykład, że jego zdaniem sentencja „Inter arma silent Musae” jest nieprawdziwa, bo Baczyński i teatry podziemne. Kiedy to usłyszałem, pomyślałem sobie, że ma rację. Potem stwierdziłem, że chyba nie można interpretować tego zdania tak dosłownie. Być może autorowi chodziło o metaforyczną wojnę, na przykład taką, która dzieje się w głowie człowieka z problemami. Teraz z kolei myślę, że moja wersja to nadinterpretacja. Nazwanie braku sztuki milczeniem Muz samo w sobie jest wystarczająco wyrafinowaną metaforą (może nieco zbyt patetyczną), by komplikować ją nadawaniem sformułowaniu „pośród broni” znaczenia innego niż wojna. Była wojna, więc wszystkie dostępne państwowe pieniądze wydawano na to, by ją wygrać. Nikt nie miał na myśli ludzi, którzy nie radzą sobie z rzeczywistością, bo w ich głowie jest za dużo albo za mało chemicznych związków i z tego powodu każdej błahostce przypisują dziesięć dodatkowych znaczeń. Mój nauczyciel miał rację.

Ciągle dowiaduję się czegoś nowego o sobie. Nowo zdobyta wiedza utrudnia mi publiczne opowiadanie o swojej skromnej osobie, ale trudno, może rzeczywiście nie warto. W prawdziwym świecie na pewno znajdziecie mnóstwo takich, co są chętni do opowiadania historii życia, a w Internecie również nie brakuje miejsc, w którym domorośli filozofowie dzielą się naciąganymi, wymyślanymi na siłę (najprawdopodobniej o trzeciej w nocy na sedesie) tekstami. Istotniejsze jest to, że dzięki tej wiedzy mogę postępować tak, by czasem poczuć się naprawdę dobrze. Na pewno znacie takie obrzydliwe wyrażenie – „Zabić ojca i zgwałcić matkę”. Można by o nim napisać (i pewnie już napisano) kilka książek i nie wyczerpać tematu. Wiele myśli przyszło mi do głowy w momencie olśnienia, w przypływie którego zrozumiałem sens tych słów. Pomyślałem wtedy, że facet, który dokonał takiego czynu, wyrzekł się wad ojca, wyrwał się spod toksycznego wpływu matki i stał się swoim własnym autorytetem. Nie jest to ktoś, o którym wystarczy powiedzieć, że stał się dorosły. Ci, którym nie udało się zabić ojca i zgwałcić matki, nigdy tak o nim nie powiedzą. Możliwe nawet, że będą go nienawidzić za to, że postąpił inaczej niż oni. To wyrażenie nie jest nawet nazwą jednorazowego czynu – to określenie długotrwałego procesu, a także postawy życiowej, która pozwala na stanie z boku. Nie ma w niej żadnej pogardy i patrzenia z góry, jest za to trochę współczucia, na początku może także nieco bezsilności wobec niezrozumienia innych i wahania, czy warto się tłumaczyć.

Niemal w tym samym momencie, w którym poczułem, że staję na nogi po najczarniejszym czasie, odezwała się moja druga natura. Demon, którego oznaki obecności najpierw próbowałem zagłuszać, a potem pozwalać wyjść na krótkie polowania, zupełnie przejmuje nade mną kontrolę, gdy pojawia się Ola, moja Muza. Ona już się nie domyśla, ona wie. Gdy tylko jest przy mnie, na przemian wpadam w apatię i euforię. Wcześniej dużo rozmawialiśmy, ale kiedy pojawił się jakiś błahy pretekst, bym mógł się obrazić, zacząłem ją ignorować. Było mi z tym dobrze – przez kilka dni. Kiedy opadły emocje, zacząłem czuć, że jestem winien jej jakieś wyjaśnienie. Nie wiem jednak, czy sam wpadłem na tę myśl, czy podsunął mi ją mój demon. Źle mi z tym, że może o mnie źle myśleć. Że uważa za wariata albo toksycznego sukinsyna, którego bawi zabawa relacjami międzyludzkimi. Może być też tak, że zupełnie nic o mnie nie myśli. Gdyby tak się okazało, moja duma pękłaby chyba z takiej urazy.

Swoją drogą, to, co chciałbym jej powiedzieć, na pewno zabrzmiałoby zupełnie naturalnie, niepretensjonalnie i rzeczowo. Droga Olu, wiesz, ja się wcale na ciebie nie gniewam. Po prostu tak na mnie działasz, że zachowuję się jak kobieta z tego rodzaju, którego nienawidzę. Tak naprawdę czuję do ciebie słabość, ale nie dlatego, że masz wspaniały charakter czy coś tam. Po prostu zobaczyłem cię pierwszy raz i trafił we mnie piorun. Nie jestem w stanie kontrolować tego, jak się wobec ciebie zachowuję. Tak. Ona z pewnością odetchnęłaby z ulgą i powiedziałaby, że wcale nie jestem nienormalny. Ten wywód naprawiłby wszystko.

Nie sprzedadzą mi w sklepie nawet zapałek, dopóki nie pokażę dowodu. Przeczytałem dwa ostatnie akapity dzień po ich napisaniu i już wiem, dlaczego traktuje się mnie jak dziecko.

„Love Will Tear Us Apart” zespołu Joy Division – słyszałem ten utwór co najmniej sto razy w życiu, ale dopiero niedawno zadałem sobie trud, żeby wsłuchać się w słowa. Polecam to także i wam. Niech moc, z jaką jego refren puentuje pierwszą zwrotkę, wynagrodzi brak puenty w tym tekście.

Bułgarskie centrum (06×02)

Sytuacja wygląda mniej więcej tak – ciężary spadają na łeb, wiosenna pustka zaczyna konsumować mnie od środka. Poza tym wszystko w porządku. Pomocy.

Ostatnio udałem się do rodzinnego miasta na zakupy, żeby kupić nowe spodnie. Przez cały dzień nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio w nim byłem. Teraz mi się przypomniało – w przeddzień Wszystkich Świętych byłem na tortilli. Zajechałem z kumplem i jego narzeczoną do baru, zamówiliśmy na wynos i wróciliśmy do samochodu, bo było tłoczno. Tak zakończyła się eskapada do miasta numer A, opustoszałej miejscowości, w której każda kobieta ma tę samą fryzurę i pewnie nazywa się Grażyna. Naprawdę, zabawne życie prowadzę. W poniedziałki wyjeżdżam do miasta numer B, spędzam tam pięć dni. Do swojego kurwidołka wracam w piątek, chyba że przyjdzie mi do głowy napić się z kimś, wtedy wracam w sobotę. W weekendy z domu się nie ruszam. Wyciągnąć mnie można tylko za pomocą traktora.

Podczas kupowania spodni nauczyłem się, że nie warto na nich oszczędzać. Przez lata nosiłem dżinsy ze sklepów z młodzieżową odzieżą, nigdy nie płaciłem za nie więcej niż sto złotych. Największym problemem takich spodni jest ich ograniczona trwałość. Po kilku miesiącach stają się workowate na udach i poszarpane przy nogawkach, a najpóźniej po roku na kolanach przecierają się tak, że wychodzą dziury. Poza tym wybór fasonów w tego typu sklepach to jakiś żart. Tylko w markowym sklepie z dżinsami można kupić spodnie, które będą idealnie dopasowane do nóg noszącej je osoby. Półtorej roku temu po raz pierwszy wydałem na spodnie trzy razy więcej niż zwykle i gdybym tak straszliwie nie przytył, nie kupowałbym następnych. Jak zrzucę kilka kilogramów, znowu będę mógł je nosić, bo są w stanie nienaruszonym.

Kiedy mija kolejna osobista rocznica, to chociaż staram się gwizdać na przemijanie, nie potrafię nie wspominać. Nie zdążyłem zapomnieć o zakwasach, jakie miałem rok temu, a znowu rąbię drewno dla swojej babci. Właściwie lubię to robić, pozwala mi to się wyładować. Zanim zdałem sobie sprawę z tego, że ostatnio nie najlepiej radzę z panowaniem nad emocjami, zaczęło zatykać mnie przy jedzeniu. Dowiedziałem się skądś, że to efekt stresu. Zdziwiłem się, bo nie sądziłem, że taka wrażliwa ze mnie bestia. Postanowiłem, że nie mogę dusić w sobie wszystkiego. Zacząłem uzewnętrzniać swoje podirytowanie, czasem aż za bardzo. Już kilka razy przeklnąłem przy rodzicach – nigdy tego nie robiłem – bo bym chyba rozpieprzył jakiś mebel w napadzie złości. Najgłupszą rzeczą jaką zrobiłem było chyba uderzenie pięścią w ścianę po uprzednim wyrzuceniu z siebie tak długiej i obrzydliwej wiązanki, że jej nie pamiętam. Ręka boli do dziś.

Nienawidzę, gdy ktoś się kręci koło mnie, gdy rąbię. Gorzej mi się wyobraża, że odrąbuję twój łeb od szyi, rękę od ramienia, nogę od dupy. Otwieram twoją klatkę piersiową, trafiam siekierą w serce i zdobywam sto punktów oraz glorię krwawego rozbryzgu na twarzy. Rozpruwam brzuch, wywlekam jelita i rozciągam po asfalcie. Sąsiadka po dwóch wylewach siedzi w oknie i patrzy na mnie przez bite sześć godzin, bo tyle pracowałem. Rok temu przynajmniej zasłaniała się firanką.

Myślałem, że to niemożliwe. Moja obsesja na punkcie Jej (jakie to żałosne, patetyczne i tanie, że tak nazwałem swoją muzę) pół roku temu przeszła na inną dziewczynę. Będę ją nazywał Ola – tak naprawdę nazywa się inaczej, ale trzeba trochę zakrzywić opisywaną rzeczywistość, a poza tym to bardzo ładne imię. Jej charakter to dokładne odzwierciedlenie Jej (niech będzie, że nazywa się Diana, bo Hitman, poza tym mam ochotę przywalić pięścią w jakiś głupi pysk) charakteru. Ten umiejętnie skrywany smutek godny prawiczka, brak wiary w sens przeżywania jakichkolwiek doświadczeń i samoocena walająca się między butem a płytą chodnikową wręcz mnie podniecają.

A może to tylko chemia. Bo ten charakter, o którym mówię, należy do mnie. Z jednej strony chciałbym spotkać kogoś takiego ja, by mieć kogoś, z kim będę mógł porozumiewać się inaczej niż za pomocą tego ludzkiego jazgotu. Z drugiej strony boję się czegoś nieokreślonego.

Jesteśmy w piekielnej kawalerce wyłożonej białymi, łazienkowymi kafelkami. Zastanawiam się, kto powinien zasiąść w fotelu, a kto paść na kolana. Ustąpiłem jej miejsca, a ta suka kazała mi położyć się na kanapie i spać całą wieczność.

Nie, to być nie może. Nie można być aż takim ślepym na sygnały, które wysyłam mimo woli, a już na tak grubą przesadę jak wsadzanie palca w usta trzeba jakoś zareagować, nie wystarczy się roześmiać. Unikanie do końca wieczoru jest niezłe, ale nie wolno następnego dnia udawać, że nic się nie stało. Czy na tym świecie trzeba wsadzać palce tak głęboko, by druga osoba rzygała, czy też może należy wsadzać w usta coś innego, by sytuacja była bardziej czytelna?

Poczułem się jak śmieć. Zaszyłem się w ciemnym kącie, zdrzemnąłem się kilka minut, potem postanowiłem wyjść po angielsku. Nikogo nie spotkałem, nikt mnie nie zatrzymywał. Na zewnątrz lało jak z cebra, a może tylko tak mi się wydawało.

Melisa (06×01)

Przeżyłem umiarkowane załamanie, kiedy okazało się, że moi współpracownicy nigdy nie słyszeli o Motörhead. Możecie za nimi nie szaleć, możecie nie słuchać nałogowo, mogła was nie ruszyć informacja o śmierci Lemmy’ego, ale zdziwienie nazwą zespołu i nierozpoznanie choćby ,,Ace of Spades” świadczy o ignorancji. Spadaj na drzewo, jeśli chcesz wyśmiewać za wygłaszanie hasełek i sloganów, którymi niby są słowa o tym, że Ian Kilmister do końca swoich dni był żywą legendą. Jego zespół działał przez czterdzieści lat. Przez ten czas nie zaliczył żadnego poważnego spadku formy. Nie odcinał kuponów od dawnych dokonań i ciągle komponował nowy, wysokiej jakości materiał.

Nie mam cienia wątpliwości – facet miał wspaniałe, o wiele dłuższe życie niż mógłby się spodziewać, ktokolwiek, kto by się w ten sposób prowadził – alkohol, narkotyki, groupies i rock ‚n’ roll. Ponadto zakończył działalność artystyczną w sposób, który nie pozwala na podśmiechujki.

Zespół doradził fanom, by spotkali się ze znajomymi, wypili kilka drinków, porozmawiali ze sobą i posłuchali muzyki Motörhead. Ja tak zrobiłem, wam też polecam – nawet jeśli jesteście ignorantami, którzy nie znali tego zespołu. Lepsza okazja, by go poznać, już się nie powtórzy.

Podsumowując ubiegły rok w ostatniej notce, nie podejrzewałem, że będzie to mój ostatni wpis w 2015 roku. Nie byłem zaharowany, piłem rzadko i nigdy do przesady, a i tak dni mijały nie wiadomo na czym. To dosyć zabawne, że brak zajęć na uczelni i nieczęsta obecność w biurze spowodowana nagromadzeniem państwowych świąt nie pomogły mi w odnalezieniu czasu na zrobienie czegokolwiek pożytecznego lub w jakikolwiek sposób związany z zainteresowaniami. Nie cierpię, kiedy coś burzy moją rutynę. Jej brak sprawia, że się wypalam.

Ostatni miesiąc mojego życia bardzo przypominał żywot wąsatego Janusza, który spędza wieczory na kanapie przed telewizorem, w plastikowych klapkach na stopach. Różnica polegała na tym, że zamiast telewizji oglądałem ulubione kanały na YouTube. Latem zacząłem śledzić różne kanały. Ostatnio zaczęło pochłaniać mi to na tyle dużo czasu, że odczułem potrzebę wyciągnięcia jakichś wniosków z sytuacji.

Ludzie z Internetu tak często mówią, że wprowadzają do obiegu treści, na które w tradycyjnych mediach nie ma miejsca. Zaobserwowałem jednak, że największą popularność zdobywają jednak materiały, których w telewizji i radiu nie brakuje. Każda znienawidzony przez internautów rodzaj programu ma swój na YouTube. Są kabarety, są programy, w których internetowe gwiazdy pokazują swoje domy, są talk-show, są też zwyczajne błazenady. Odnoszę wrażenie, że oglądanie bezwartościowych materiałów – nieważne, czy w telewizji, czy w Internecie – sprawia, że widz, czuje się mądrzejszy, lepszy od innych oglądających czy ludzi w nim występujących. Dowartościowanie się nie wymaga przecież umysłowego czy jakiegokolwiek innego wysiłku.

Jedyną pasją poza programowaniem, jaką regularnie realizowałem, to gra na gitarze. Czasem się zmuszałem, by ćwiczyć. Nie jest mi trudno usiąść i grać choćby przez trzy godziny. Jednak ta świadomość, jak marne są moje umiejętności, potrafi tak zaboleć, że chce się rzucić gitarą o ścianę. Wiem, że nigdy nie uda mi się osiągnąć tego poziomu kompozycji i techniki, co Gregor Mackintosh z Paradise Lost czy Anders Nyström z Katatonii. Czasem wpadnę na jakiś pomysł, który w głowie brzmi perfekcyjnie. Kiedy próbuję to zagrać, w najlepszym wypadku okazuje się, że brakuje mi do tego umiejętności. Po odpowiednio długim ogrywaniu (na przykład trzy miesiące) potrafię to zagrać tak, by słuchający wiedział mniej więcej, co chciałem osiągnąć. Bywam dumny ze swoich kompozycji – do czasu, kiedy nagram próbę jej odtworzenia na dyktafon. Mikrofon bezlitośnie wyłapuje brak szacunku dla rytmu, fałsze i melodię niezgodną z oryginałem przechowywanym w głowie.

Jestem terroryzowany przez mój własny, rodzony mikrofon za dwadzieścia złotych. Odczuwam stres, kiedy próbuję coś nim nagrać.

To nie jest jeszcze najgorsze. Kilka razy wydawało mi się, że wymyśliłem najlepszy utwór świata. Długo rozwijałem pomysł i próbowałem zagrać piosenkę najlepiej, jak tylko umiałem. Myślałem o nim tak intensywnie, że przyśniło mi się, jak go gram na scenie. Okazywało się wtedy, że ten utwór nie jest mój. Zmieniłem tylko tempo, dodałem kilka nut do motywu przewodniego, a reszty nie potrafiłem sobie wyobrazić. Kiedy uświadamiałem sobie plagiat, od razu porzucałem pomysł i gdyby nie to, że się nagrywam, zapomniałbym o nim.

Nie cierpię styczniów. Znowu czuję się źle. Boję się zasnąć. Jutro znowu wstanę późno. Wydaje mi się, że w zbyt krótkim czasie zmieniło się zbyt wiele. Rozwijająca praca zamiast chaotycznej nauki na uczelni jest w porządku. Tęsknię za pewnymi ludźmi, miejscami, starymi sposobami spędzania czasu, używkami, lekami i jest mi z tego powodu smutno. Wszystko, łącznie z muzyką, której teraz słucham, wywołuje tęsknotę tego samego rodzaju, co pragnienie po whiskey i kawie oraz chęć przypadkowego napotkania Jedynej w mieście numer B.

She Past Away. Zaraz się rozpłaczę. W muzyce tego tureckiego zespołu jest obecny duch The Sisters Of Mercy, grupy, bez której czczony przeze mnie Paradise Lost byłby niczym.

Kilka spostrzeżeń dotyczących wpływu pracy na życie. Czasem czuję się tak, jakby do tych wszystkich sił powstrzymujących mnie zrobieniem czegoś odbiegającego od normy dołączyła kolejna, silniejsza od wszystkich innych. Nie mogę się już buntować. Nie tylko dlatego, że bunt jest zabroniony, raczej ograniczyła się sfera jego przejawiania.

Nie sprzeczam się z Jedyną Osobą, Która Mnie Kocha o wyrazy jej nadopiekuńczości, bo nie widzę się z nią już tak często. Częściej wypełniam czyjeś polecenia niż dyskutuję na ich temat – w końcu za to dostaję kasę. Czasem myślę, że jestem na tyle ograniczony, że o pieniądze wszystko się w moim życiu rozbija. Może dlatego tak często powtarzam ten frazes: ,,Pieniądze to nie wszystko”.

Kiedyś wydawało mi się, że rodzice mają świetnie – idą do pracy, sprzedają osiem godzin swojego życia, dostają za to pieniądze i powinni być szczęśliwi. Nie zabierają pracy do domu, mają dużo czasu dla siebie. W rzeczywistości wygląda to trochę inaczej. Po odpowiednio długiej serii ośmiogodzinnych dni pracy, po których nie było miejsca na żadną odskocznię, można nie potrafić przestać myśleć o niczym innym. Staram się oddzielać jedno od drugiego, wychodzi mi to całkiem nieźle. Nie boję się szefa – nawet go lubię. Nie trzęsę się, że mogę stracić pracę z powodu jakiejś błahostki – najwyżej znajdę sobie inną. Nie biadolę podczas ostatniej godziny w pracy o tym, jak długo jeszcze trzeba ciężko harować. Aktualnie i tak nie mam niczego lepszego do roboty.

Czyściciel ulic

Jeśli jesteś samotny, najprawdopodobniej doskonale wiesz, dlaczego. Nie mówisz o tym, bo wiesz, że niczego dzięki temu nie zyskasz. Zresztą, nawet jeśli ktoś z jakiegoś powodu zastanowi się nad tajemnicami twojego życia, to pewnie się domyśli i będzie miał to gdzieś. Każdy ma swoje problemy.

Nie mi w tej chwili przyjemnie. Odkąd zacząłem łykać różne suplementy, poprawiła się moja odporność, śpię lepiej. Tylko znowu za kimś tęsknię i jest mi wstyd za to, co usłyszałem od tych wszystkich biednych, pokaleczonych ludzi.

Mam wspaniały pomysł – zostawcie mnie w spokoju, tak w ogóle. Nie chcę oglądać zapalanego przez was i wpadającego przez półprzezroczyste drzwi światła, słuchać waszej muzyki, wody lejącej się na was pod prysznicem, stawianych przez was pierdolonych kroków, tego, jak rozmawiacie na klatkach schodowych i korytarzach.

Lubię wyjść na zewnątrz, kiedy wszyscy śpią, usiąść na parapecie i zapalić papierosa. Nie przeszkadza mi, kiedy ktoś po drugiej stronie korytarza zjawi się nie wiadomo skąd i zrobi dokładnie to samo. Oby tylko był sam i nie rozmawiał przez telefon. Przejść się po schodach, jeśli na żadnym piętrze nie gra muzyka. Może wyjść na dach i popatrzeć na miasto, po którym chodzą już tylko żule, dresiarze i ich ofiary.

Mam słabość do dużych obiektów – uczelni, szkół i dworców – zwłaszcza, kiedy są opustoszałe. Wydział to drewniane labirynty ze ścian pustych w środku. Kanaan łazienek będących idealnymi sceneriami wyrafinowanego morderstwa, Sodoma korytarza łączącego jego budynki, Gomora auli wyglądającej jak Sejm. Jeśli nie będę mógł spać miesiącami, zatrudnię się tam jako nocny stróż.

To był szalony rok. Wydarzyło się mnóstwo dobrych i złych rzeczy. Być może dychotomia w tym wypadku nie ma sensu, bo każde z tych wydarzeń było dla mnie cennym doświadczeniem. Dzięki nim lepiej poznałem tę kurwę, którą codziennie oglądam w lustrze i która każdego dnia wygląda nieco inaczej. Doszło do takiego przewartościowania, że jestem skłonny wrzucić dziewięćdziesiąt dziewięć procent rzeczywistości do kartonu z napisem ,,Śmieci”. Nie jest źle, niech będzie, jak jest. Niech napędzają mnie pragnienia odbierające mi spokój. Chciałbym się tylko w końcu wyspać, raz, a dobrze.

Milczenie jest dobre. To oznaka świadomości własnej przeciętności, coś, czym możesz się wyróżnić w tym świecie zawładniętym przez narcyzów. Niech jeden ważniak przekrzykuje się z drugim bufonem o to, który z nich jest mądrzejszy, bardziej zajęty, który z nich ma więcej dystansu do siebie i diabli wiedzą, co jeszcze. Mogę przezwać siebie najgorzej jak się da, wy możecie dodać, co tylko zechcecie, a i tak niczego to nie zmieni, bo to tylko słowa. Opisywanie siebie nie oznacza jeszcze, że siebie wyrażasz. Mówienie, że coś robisz, nie zastąpi robienia tego czegoś. Śmiej się ze mnie, że palę, chwal się, że rzuciłeś to dawno temu, wpierdol się w amfetaminę.

Zresztą, większość tematów nie nadaje się do publicznego omawiania. Nawet wśród tych kilku osób, które wiedzą kim jestem, znajdzie się jakaś menda. W prywatnej rozmowie będzie mi miała wiele miłego do powiedzenia, z kimś innym będzie mnie obśmiewała z powodu tego, co napisałem. Z drugiej strony, bardzo łatwo mogę kogoś zranić jeśli poruszę odpowiednio poważny temat. Nie chciałbym na przykład obrazić moich serdecznych przyjaciół piszących w C# i myślących, że są programistami.

Uczę się do zaliczenia z historii matematyki. Wspaniały przedmiot, który przypomniał mi o tym, że te same efekty można osiągać na różne sposoby i przy różnych nakładach pracy. Współcześnie używamy dziesięciu cyfr, Babilończycy mieli ich pięćdziesiąt dziewięć. Być może okaże się niedługo, że do codziennych obliczeń lepszy jest inny system i zacznie się uczyć go w szkole. W Polsce do dziś używa się takich słów jak tuzin i gros – jest to pozostałość po systemie dwunastkowym. Poza tym spójrz na zegar. Przypomnij sobie, ile rok ma miesięcy. Czy wiesz, że przesuwając kciukiem po czterech palcach jednej dłoni, możesz policzyć do dwunastu? System dziesiętny nie jest niczym, co ma zapewnioną nieśmiertelność, a co dopiero .NET, Java czy cokolwiek związanego z technologią.

Jeśli chcesz być programistą, musisz poznawać nowe języki i technologie. Ograniczanie się do jednego języka, w dodatku w zintegrowanym środowisku, w tym samym od wielu lat, czyni cię małpą wyklikującą kod, a nie programistą. Jeszcze długa droga przede mną, bym mógł nazwać się deweloperem.

To chyba smutne

Chyba zacznę spędzać popołudnia i wieczory, jeżdżąc pekaesem do dowolnego miasta i z powrotem. Z jakiegoś powodu łatwiej jest mi zrobić coś pożytecznego w autobusie niż w jakimkolwiek innym miejscu. Być może pomaga mi w tym typowy dla tych środków transportu brak dostępu do Internetu. Nie używałem tego medium przez cały wrzesień i pół października. Radziłem sobie bez niego całkiem nieźle. Najprawdopodobniej nie miałbym go do tej pory, gdyby nie coś, co jest tak nieśmieszne, że nie chce mi się o tym opowiadać.

Najlepiej czuję się od poniedziałku do piątku. Te dni niewiele się od siebie różnią – ileś tam godzin w firmie, jedzenie albo w pobliskim barze, albo na dowóz, zakupy w sklepie, potem czas wolny, w trakcie którego zupełnie tracę kontrolę nad życiem, i sen. Czasem pojawia się konieczność odwiedzenia uczelni, ale – chwała diabłu – to tylko dwie, góra cztery godziny w tygodniu. W weekendy wracam do domu i czuję się wtedy tak, jakbym został wessany przez jakąś czarną dziurę. Zwykle nie wypalam wtedy ani jednego papierosa – z tysiąca nieciekawych powodów. Na przykład łudzę się, że dzięki temu przyzwyczajam się do braku fajki w zębach. Na razie wiem tyle, że mogę wypić morze kawy, bez problemu przespać całą sobotę i niedzielę, a obudzić się w poniedziałek niewyspany.

Aplikacja na moim telefonie mówi mi, że zaoszczędziłem ponad siedem złotych i będę żył o godzinę dłużej. Mój poziom tlenku węgla i tlenu wrócił do normalności, a ryzyko ,,nagłej śmierci” jest zerowe. Odzyskanie zmysłów smaku i zapachu – 62%. Normalizacja układu oddechowego – 41%. Na eliminację uzależnienia od nikotyny oraz poprawę nawilżenia skóry i zniknięcie przedwczesnych zmarszczek jeszcze muszę trochę poczekać, nie wiem, czy mi się chce. Niczego nie planuję, ostatnio dużo planowałem i niewiele z tego wychodziło.

Może sprawiam wrażenie niezadowolonego, ale tak naprawdę oprócz tego, że jestem potwornie zmęczony, czuję się świetnie. Chyba muszę zacząć uprawiać jakiś sport, bo przytyłem od tego siedzenia przed komputerem przez cały dzień i jedzenia wyłącznie w mieście. Co prawda mieszczę się we wszystkie spodnie, ale już nie mam na siebie ochoty, kiedy przeglądam się w lustrze. Poza tym moje włosy zaczęły łaskotać czoło – ludzie pracujący, jak znaleźć czas na fryzjera?

Rok temu opowiadałem o pracy w brutalnej fabryce przetwarzającej zwierzęta na żywność. Często o niej wspominam, ponieważ lubię porównywać moją dzisiejszą pracę do tej wakacyjnej. To świetny punkt odniesienia, dzięki któremu nie potrafię narzekać na dzisiejszą sytuację. Tam – od dziewięciu do dziesięciu godzin przy taśmie, wszystko szybko, bez chwili na wyjście do kibla. Tu – osiem godzin przed biurkiem. Mogę zrobić wycieczkę po całym biurze, jeśli ma mi to pomóc w złapaniu weny i nikt nie będzie mnie popędzał (chyba że dla żartu). Po jednym dniu pracy tam bolało mnie całe ciało. Tu – co najwyżej szanowne cztery litery od wspomnianego już siedzenia.

Większość powszedniego dnia spędzam, pisząc i klikając w oknie Android Studio. Tak polubiłem to zintegrowane środowisko, że postanowiłem wysłać skan legitymacji do JetBrains, by udostępnili mi za darmo IntelliJ, na którym bazuje Android Studio, w wersji Ultimate. Możecie nie wiedzieć, czym jest IntelliJ, więc wytłumaczę to, parafrazując internetowego klasyka: to coś takiego, co już wyniosło Eclipse’a na strych, a jeśli zechce, to prześpi się z waszymi matkami. Dziwię się sam sobie, że zmarnowałem ponad dwa lata życia na babranie się w czymś tak beznadziejnym jak Netbeans. Dziwię się sam sobie, że dałem się nabrać na Eclipse’a, który pomimo umożliwienia użytkownikowi swobodnej personalizacji środowiska dzięki milionom wtyczek nie wytrzymuje porównania z IntelliJ. IntelliJ podpowie ci z dziewięćdziesięcioprocentową skutecznością, jakiego słowa chcesz użyć, zanim zdążysz wcisnąć jakąkolwiek literę. Mnóstwo rzeczy zamiast pisać ręcznie po prostu wygenerujesz. Control i kliknięcie działa wszędzie, a nie tylko w klasach Javy. Debugger pokazuje to, czego potrzebujesz, a nie zmusza do analizowania wartości pól klas najniższego poziomu. Wyszukiwanie słowa w całym projekcie po prostu działa. To zintegrowane środowisko tej samej klasy co Visual Studio, za którego licencję również płaci się niemałe pieniądze. Cóż – wątpię, by można było przez długi czas za darmo rozwijać tak wielką aplikację jak niezawodne IDE. Słyszałem już o płatnych Linuxach, to chyba oznacza, że świat oszalał.