Głos w sprawie Puszczy Białowieskiej

Protesty działaczy Greenpeace przeprowadzane dziesięć lat temu w okolicach mojego rodzinnego miasta były tematem numer jeden we wszystkich ogólnopolskich mediach przez co dwa tygodnie. Argumenty przeciwko planowanej od trzydziestu lat inwestycji były tak nietrafione, że od tamtej pory jestem do ludzi sympatyzujących z tę organizacją głęboko uprzedzony. „Ekolodzy” mówili o siedliskach ptaków, które znajdowały się w innym miejscu. Twierdzili, że obszar nigdy nie został zmieniony przez człowieka, mimo tego, że w przewodnikach o regionie można poczytać o tym, iż przez wiele lat wydobywano tu torf. Szczytem ich ignorancji był moim zdaniem płacz o stuletnie sosny, które zostałyby wycięte w pień.

O nie, tylko nie stuletnie sosny. Nie ogarniam, jakim cudem można przez tyle lat pokazywać się w telewizji w roli obrońcy przyrody i do tej pory nie nauczyć się, jaki jest wiek rębności dla poszczególnych gatunków.

Zatrzymałem się na stuletnich sosnach, bo ostatnio miałem okazję obejrzeć w „Uwaga TVN” reportaż na temat wycinek w Puszczy Białowieskiej. Zaczynał się akurat od liczenia słojów na odnalezionym ściętym „drzewie”. „Sto lat ma na pewno, grubo ponad sto pięćdziesiąt” – mówi facet z aparatem. To wstrząsające, że wycinając w pień wyznaczony do wyrębu kawałek lasu, drwale nie zostawili na środku pustyni tego jednego olbrzymiego „drzewa”. Oburzaj się, widzu. Nic, że nie potrafisz rozpoznać gatunku, nie widzisz, w jakim jest stanie, nie masz pojęcia, z którego miejsca zostało wycięte – zdenerwuj się. Była też wzmianka o tym, że dęby zostały bezczelnie wycięte, mimo tego, że kornik ich nie atakuje. To samo – nie znasz kontekstu, ale fajnie by było, byś się zdenerwował.

Potem nadjechał strażnik leśny albo leśnik i poinformował towarzystwo, że drogą można przejeżdżać, ale nie wolno się zatrzymywać. Chyba ze dwa razy była pokazana kłótnia ze strażnikami leśnymi o to, czemu został wydany zakaz wstępu do lasu i na podstawie jakiego paragrafu. „Ekolodzy” najprawdopodobniej nieczęsto odwiedzają jakikolwiek las, skoro nie wiedzą, że podczas wyrębu nie można sobie po nim chodzić.

Nie wierzyłem własnym uszom, kiedy usłyszałem, jak jakaś kobieta porównuje doświadczenia z leśnikami i strażnikami leśnymi do spotkania z funkcjonariuszami milicji obywatelskiej w okresie stanu wojennego. Czuła się przez nich wyszydzana i traktowana z góry. Prawie umarłem (ze śmiechu), kiedy wspominała o ich pustych spojrzeniach. Nie dziwię się leśnikom, że nie traktują „ekologów” poważnie.

Prawdziwym cyrkiem na kółkach było to, że ci „ekolodzy” przypinali się do kombajnów zrębowych i byli karmieni przez tych, którzy się nie przypięli. Moje zażenowanie spotęgowały ujęcia, jak aresztowani „ekolodzy” stawiali bierny opór tak, by policjanci musieli ich ciągnąć po ziemi. Gdyby nie było telewizji, z pewnością oberwaliby pałami – zasłużenie zresztą.

Wyobraź sobie, że pracujesz nad aplikacją podobną do BlaBlaCar. Projekt powstaje na zamówienie dla zewnętrznej firmy, jest jednym z wielu, nad jakimi pracowałeś. Któregoś dnia do biura wpada pięćdziesięciu pracowników PKS z transparentami, informującymi, że jesteś faszystą, bo odbierasz im pracę. Przywiązują się do twojego krzesła i odłączają twój komputer od prądu. Czy choć przez chwilę zastanowisz się, że ci ludzie mogą mieć rację, czy wezwiesz policję, żeby zabrała ich od ciebie?

W reportażu nie omieszkano wspomnieć o tym, że sytuacja jest zasługą rządu. Chociaż jestem daleki od wychwalania obecnej władzy, muszę przyznać, że winę za konieczność przeprowadzenia wycinek na taką skalę ponosi poprzedni rząd, który na przekór wszystkiemu nie dopuszczał do jakichkolwiek wycinek w Puszczy Białowieskiej. Gdyby zezwolono na wyręby wcześniej, walka z kornikiem, który „robił naprawdę pozytywną robotę”, nie wymagałaby tak drastycznych środków. Tylko część Puszczy Białowieskiej składa się z lasów pierwotnych, drzewostan w znaczącym stopniu został zmieniony przez człowieka, a co za tym idzie, przyroda sama sobie nie poradzi z kornikiem. W interesie Lasów Państwowych zawsze jest postępowanie zgodne z planami przewidzianymi lata wstecz. Jeśli gdzieś jest wyrąb, gdzieś indziej sadzone są nowe drzewa. Celem Lasów Państwowych jest to, by zawsze było co pozyskiwać.

Boli mnie to, że reportaż był niewyobrażalnie jednostronny. Ci, którzy uważają, że te wycinki, to skandal, mają bardzo dużo racji. Ich punkt widzenia został przedstawiony, na pokazanie ich ignorancji też znalazło się miejsce. Zabrakło głosu drugiej strony. W dyskusji na temat, czy w Puszczy Białowieskiej powinno się przeprowadzać wycinki, czy nie, przeciwko „ekologom” jest tylko jeden argument. Jest on jednak na tyle silny, by nie ignorować go w taki sposób. Naiwność aktywistów, którzy uważają, że leśnicy tylko wycinaliby drzewa i sprzedawali nie wiadomo komu, najwyraźniej uniemożliwia zrozumienie, że to, co dzieje się teraz w Puszczy Białowieskiej najprawdopodobniej nie jest walką dobra ze złem.

P.S. Słowa „ekolog” używałem w cudzysłowie, ponieważ oznacza ono coś zupełnie innego niż się powszechnie uważa. Ekolodzy to naukowcy, nie aktywiści.

Problems of translation: Onegin in English

Boisz się, że obudzisz się w grobie? Masz dość nieskutecznych metod zabezpieczania się przed tego typu sytuacjami takich jak popularne w pewnych kręgach „komórka do trumienki”? Śmierć gwałtowna jest tym, czego szukasz!

Jak to działa? Lekarz medycyny sądowej przeprowadzi na tobie sekcję zwłok. By stwierdzić twój zgon, otworzy aż trzy jamy w twoim ciele. Nawet jeśli jakiś cudem trafiłeś na stół żywy, nie ma szans, byś żywy został z niego zdjęty ani tym bardziej sam z niego wstał.

Dla nieprzekonanych oraz niespełnionych samarytan proponujemy podpisanie zgody na pobranie narządów po śmierci. Pogrzebanie żywcem nigdy nie było tak nieprawdopodobne!

Kilka dobrych lat temu podczas rozmowy z pewną Rosjanką napomknąłem, że podczas przygotowań do matury próbowałem czytać „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego w oryginale. O ile po polsku czytało mi się tę powieść przyjemnie, próby przebrnięcia przez oryginał były jak droga przez mękę, więc porzuciłem je po trzydziestu stronach. Rosjanka z uśmiechem stwierdziła, że Dostojewskiego nie rozumieją sami Rosjanie – chyba że są to czterdziestolatkowie po dwóch rozwodach. Polskie przekłady, z którymi miała do czynienia, jedynie opowiadały historię. Niedawno opowiedziałem o tym komuś znanemu, kto ma dom i sad. Stwierdził, że też rozmawiał na ten temat, z inną Rosjanką. Słownictwem, którego używa Dostojewski, przeciętny Rosjanin nie operuje – to słownictwo człowieka wszechstronnie wykształconego. Między innymi dlatego w Rosji o Dostojewskim mówi się, że wielkim pisarzem był, i się go czci, a w Polsce tylko się o nim mówi.

Poza tym „Zbrodnia i kara” została napisana 151 lat temu, przez ten czas język rosyjski zdążył na tyle się zmienić. Lektury szkolne z okresu rozwoju języka polskiego nazywanego nowopolskim mogą wydawać się niezrozumiałe. Mając na uwadze fakt, że języki ewoluują, czuję się zobowiązany oznajmić, że Henryk Sienkiewicz powinien gnić w piekle za stosowanie stylizacji językowych. Nie dość, że „Krzyżacy” mogą wydawać się niezrozumiali, bo powieść została ukończona ponad sto lat temu, to na dodatek jej bohaterowie używają dziwnej odmiany polszczyzny, która tak naprawdę nigdy nie istniała. Nie powinno czerpać się z takich powieści wiedzy na temat, jak wyglądał język polski w czasach współczesnych ich autorom. Jeśli kiedykolwiek usłyszę, że polszczyzna w powieściach Sienkiewicza stanowi jakikolwiek wzór, zamierzam się kłócić.

Odbiegłem od tematu. Wyobraź sobie, że napisałeś powieść, która w kraju stała się bestsellerem. Potężny pan siedzący całymi dniami w ciemnym pokoju z szybą zamiast ściany zadecydował, że twoja książka zostanie przełożona na wszystkie języki. Mimo tego, że jesteś wybitnym poliglotą, zmarnowałeś swoje życie nawet na naukę kanji, hiraganę, katakanę i mitsubishi, to większości z nich nie znasz. Musisz pogodzić się z tym, że jakiś śmieć, który w Czechach jest wybitnym pisarzem, przetłumaczy twoją książkę w taki sposób, że ktoś będzie śmiał się z twojej twórczości. Ten czeski imbecyl, łachmaniarz bez szkoły najprawdopodobniej nie zauważył, że w trzecim rozdziale naśladujesz styl jakiegoś pisarza. Możliwe, że go nigdy nie czytał albo czytał jakieś kompletnie spieprzone tłumaczenie. Całą powieść unikasz używania konkretnych słów, by użyć ich tylko raz, w ostatnim rozdziale, a ten pajac nakurwia ich czeskimi odpowiednikami od deski do deski. Trzeba przyznać, że poprawnie opowiedział historię, ale czy fabuła ma sama w sobie jakąkolwiek wartość?

Domagam się, by nazwiska tłumaczy umieszczać na okładce. Być może kolekcjonuję różne przekłady ulubionej powieści albo zdążyłem niektórych tłumaczy poznać jako marnych pisarzy i nie chciałbym mieć do czynienia z ich twórczością. O ile „The Bourne Identity” Ludluma nie da się przetłumaczyć źle (chyba że autorem przekładu będzie niespełniony poeta), to od tłumacza „Il nome della rosa” Eco oczekuję czegoś więcej – chociażby znajomości kultury średniowiecznej, słów związanych z życiem w klasztorze czy umiejętności naśladowania stylu średniowiecznych kronikarzy. Z kolei od autora przekładu „L’Homme Revolte” Camusa życzyłbym sobie swady, by mnie zainteresować, znajomości literatury światowej i umiejętności posługiwania się terminami literackimi, by nie wprowadzić mnie w błąd.

Dowiedziałem się niedawno, że „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego został napisany oryginalnie w języku angielskim. Autorem polskiego przekładu jest Tomasz Mirkowicz. Co ciekawe to, czy Kosiński mógł napisać tę powieść, w czasie, gdy nie znał biegle angielskiego, jest przedmiotem spekulacji. Taka ciekawostka.

Zastanawiam się, jakim cudem Joseph Conrad, Polak, zdołał nauczyć się języka obcego na tyle, by napisać „Jądro ciemności”. Na motywach tej krótkiej powieści powstała gra „Spec Ops: The Line”, a Francis Ford Coppola nakręcił „Czas apokalipsy”. Powstał też serial, w którym Kurza grał John Malkovich. Sam Joseph Conrad został uznany za jednego z najwybitniejszych angielskich pisarzy.

Na przypadek Vladimira Nabokova po prostu brakuje mi słów. Po prostu nie wierzę, że na tym świecie mógł żyć taki wybitny człowiek.

Zgiń

W filmach stanowczo za dużo się pali. Postaci kreowane przez aktorów palą z pogardą, palą w zamyśleniu, palą po seksie i w trakcie wypowiadania mądrych zdań. Największym tytoniowym absurdem jest moim zdaniem ekranizacja „Dziewczyny, która igrała z ogniem”. Rozumiem, że filmy nie muszą odzwierciedlać 1:1 fabuły powieści, ale skoro okraja się ją, by zaoszczędzić trochę czasu, to chyba nie powinno się przeznaczać go na pokazywanie widzowi Lisbeth Salander palącej przy oknie, na podłodze i przy stoliku. Być może w ten sposób twórcy filmu chcieli podkreślić, jak bardzo zbuntowana jest bohaterka. Pozostawienie tych scen w końcowym montażu mogło też mieć na celu uświadomienie widzowi, że Lisbeth Salander jest palaczką. Ale to tylko moje przypuszczenie i prawdopodobnie nadinterpretacja.

Zamiast tworzyć postać, weź sobie jakiś rekwizyt – brawo, jesteś papierosem. Palenie to zadanie aktorskie, które wbrew pozorom da się wykonać źle. Wystarczy rzucić okiem na pierwszy lepszy film pornograficzny, w którym pojawia się topos człowieka-palacza. Aktorzy, którzy są w filmach palaczami, godzinami przygotowują się, jarając szlugi przed lustrem, by w naturalny sposób wypełnić czas filmu osłanianiem się nieświętą poświatą symbolizującą hedonizm albo autodestrukcję. Niewielu powie, że to głupie, że postać ciągle kopci. Równie bezpretensjonalnym rekwizytem jest kawa – nieważne czy w filiżance, czy w jednarazowym kubku – i alkohol – niemal w każdej postaci. Nikt nie powinien czepiać się o tworzenie postaci, której najważniejszą cechą charakteru jest to, że ciągle żuje gumę.

W przekonywaniu widza, że postać, którą widzi na ekranie, jest człowiekiem z krwi i kości, wszystkie chwyty są dozwolone. Dziwi mnie, że tak rzadko pokazuje się bohaterów filmowych oddających mocz. Akcja przeciętnego filmu trwa więcej niż jeden dzień, w żadnym nie widziałem więcej niż jedną mikcję (chyba że był to film pornograficzny o określonej tematyce), a przecież człowiek oddaje mocz przynajmniej cztery razy dziennie. Co więcej wspomniane oddawanie moczu zostaje pokazane tylko wtedy, gdy chwilę potem dzieje się coś istotnego dla całej fabuły. Cóż za zmarnowany potencjał – proszę sobie wyobrazić twarz Johnny’ego Deppa, która zmienia się w trakcie opróżniania pęcherza. Może w końcu dostałby tego Oscara. Jeśli bohater myje ręce po (niby nic, a wiele mówi o człowieku), koniecznie należy pokazać to widzowi. Potem można pokazać, jak (na przykład) postać wraca do miejsca, w którym prowadził rozmowę prowadzącą do odkrycia faktu wywracającego do góry nogami całą historię.

To, co w filmach lubię najbardziej, to seks. Chyba że akurat oglądam film fabularny, a nie pornograficzny, wtedy już niekoniecznie jestem zaintereseowany słabymi scenami erotycznymi. Nie mówię (tylko piszę), że nie powinno pokazywać się w filmie seksu. Nie podoba mi się, że bardziej rozpoznawalni aktorzy, takich których może znać twoja żałosna matka bez żadnych zainteresowań, są zmuszani do udawania, że uprawiają seks w dosłownie każdym filmie. Sceny pokazujące stosunek płciowy wynikają z często zupełnie niepotrzebnych, napisanych na odwal się, nieinteresujących wątków romansowych. Gratuluję twórcom „Kolekcjonera kości”, że nie poprosili drewnianej Angeliny Jolie o odegranie sceny łóżkowej z niezwykle irytującym Denzelem Washingtonem. Moment, w którym ocierała się z nim dłońmi podpowiadał mi, że mieli taką pokusę. Tych, którzy nie oglądali, informuję – aktor specjalizujący się w rolach Afropolaków grał sparaliżowanego.

W filmach powinna zostać tylko przemoc. Przemoc jest czymś, czego każdy człowiek doświadcza w codziennym życiu.

Spędzanie czasu na tym świecie znowu zaczęło wydawać się jałowe.

Lubię kłaść ludzi zębami na krawężniku

Zmiana biura, jak dotąd same plusy. Po pierwsze – znacznie więcej przestrzeni. Po drugie – więcej światła. Po trzecie – znacznie ciszej. Raz, że testerzy dostali oddzielny pokój, gdzie mogą się zamknąć i do woli gadać o dupie Maryni. Dwa, mój pokój jest z dala od kuchni, miejsca, gdzie powinny wybuchać bomby za każdym razem, gdy wejdzie do niego więcej niż jedna osoba. Niby potrafię się wyłączać, ale zawsze zajmuje mi trochę czasu nauczenie się nowego głosu do zignorowania. Zazwyczaj zdążę nasłuchać się ze zrozumieniem tylu bredni, że z zażenowania każdej nocy śpię coraz mniej.

Nic tak mnie nie drażni, jak rozmowy o kawie. Jeden kretyn za drugim idiotą powtarza, że kawa wypłukuje magnez. Oczywiście nikt tego nigdzie nie przeczytał, tylko usłyszał w którejś z reklam suplementu diety. Spazmów dostaję, gdy słyszę w jednym zdaniu słowa „kawa” i „problemy z sercem”. Skurwysyn robi lurę z jednej łyżeczki rozpuszczalnego badziewia, leje pół kubka mleka, dosypuje trzy łyżki cukru i przeżywa dramat z powodu faktu, że pije trzy takie kawy dziennie. Jeśli ktoś się przy mnie poskarży, że po naturalnej kawie trzęsą mu się ręce, mi również się trzęsą – niezależnie od tego, co i czy w ogóle coś piłem.

Oglądałem ostatnio „Życie za życie”. Miałem ochotę wejść do filmu i przylutować Kevinowi Spaceyowi za wypowiedzenie tak daremnego tekstu jak „kofeinowy wstrząs”. Kawa nie może działać w taki sposób na dorosłych ludzi. Wstrząsu spodziewałbym się po amfetaminie, choć pewnie i tak byłbym rozczarowany.

A nie daj Boże niech ktoś tylko zaparzy yerba mate. Za każdym razem wejdzie za nim do kuchni osoba, która ostatnie dziesięć lat spędziła w kapsule hibernacyjnej i w życiu nie słyszała o Wojciechu Cejrowskim. Wszystkich dziwi ta śmieszna łyżka/rurka/coś, że nie sto stopni, każdy chce wiedzieć, gdzie to kupić. Z kolei naśladowcy Cejrowskiego rozpływają się nad tym, jaki ten napój jest cudowny (w sumie jest). Po tym, jak udzielą odpowiedzi na trzecie pytanie, zjawia się tłum, który wynosi ich na rękach na ulicę. Maszeruje przez miasto numer B, wznosząc radosne okrzyki, a dziwki rzucają w orszak pieniędzmi.

Ja zawsze odsyłam swoich potencjalnych rozmówców do Wikipedii, taki ze mnie buc. Nie piję tego, żeby komukolwiek zaimponować, a mówienie o pierdołach strasznie mnie rozprasza.

Jak zwykle nie mam puenty

Za sprzedawanie ponownie zamrażanego mięsa powinno karać się więzieniem. Na pierwszy rzut oka nie widać, że jest zepsute, ale podczas smażenia zaczyna się pienić. Kurczak powinien być miękki po sześciu minutach, jeśli po piętnastu jest ciągle twardy, można być pewnym, że lepiej zjeść coś innego. Niby drobiazg, ale potęguje poczucie bezsilności jak mało co.

To nie tak miało być. Nie po to kupiłem ryż za sześć złotych, żeby teraz lać na niego zblendowane banany i kiwi.

Spokojnie, nie walnę przecież pięścią w ścianę z powodu rzeczy, które usłyszałem. To są tylko słowa, prawda? Z kolei sprawa z kurczakiem jest za bardzo rozłożona w czasie. Poczekam na coś jeszcze bardziej błahego, ale za to bardziej nagłego. Na przykład na niespodziewane okno dialogowe pojawiające się na ekranie w momencie wpisywania czegoś z klawiatury.

Czekam na noc do zapadnięcia, kiedy wszystko jest znośne. I tam w ciszy wszystko, co czujesz, to spokój. Chyba, że akurat nie będziesz mógł zasnąć, wtedy możesz poczuć na przykład wstyd z powodu wydarzeń sprzed czterech lat. Ale ponieważ raczej nie wstaniesz z łóżka i nie zaczniesz walczyć z szafą, Tajemniczemu Obserwatorowi (nie odwracaj się), który jest zawsze za tobą, może się wydawać, że jesteś spokojny.

Ktoś się właśnie dorobił marnego naśladowcy

Nieprogramiści udają, że szanują twoją pracę, ale nigdy do końca nie wiadomo, w jaki sposób o niej myślą. Nieprogramiści, którzy czegoś ode mnie chcieli, mówili o tym, co miałbym dla nich zrobić w taki sposób, jakby chodziło o napisanie listu do komputera albo przeciągnięcie jakichś bloczków w programie do programowania. Krew się trochę gotuje.

Na początku projektu często przygotowuje się dla klientów aplikacje-wydmuszki z zylionem widoków, w których niewiele można zrobić. Niektórzy są w ciężkim szoku, że przygotowanie widoku pod jakąś funkcjonalność nie jest tożsame z ukończeniem funkcjonalności (rozumiecie, program do robienia programów po narysowaniu okienka dialogowego sam decyduje o tym, co się stanie po wciśnięciu któregoś z przycisków). Nawet jeśli uda się jakoś wytłumaczyć brak takiej zależności, ukończenie funkcjonalności bez dodania nowych widoków może zostać odebrane przez klienta jako brak postępów.

Gdyby nie Crashlytics, nigdy nie udałoby się naprawić błędów zgłoszonych przez klientów, którzy nie posiadają żadnego zaplecza technicznego. Dowolny błąd w aplikacji może zostać opisany w taki sposób, że aplikacja nie działa. Prośba o opisanie sytuacji (często określanej mianem niedopuszczalnej), w której coś działało niezgodnie z oczekiwaniami, rzadko skutkuje otrzymaniem jakichkowiek informacji, poza tymi, że program był akurat włączony i coś było kompulsywnie klikane.

Tak. Możecie dzwonić co godzinę, że chcecie zamienić kolejne słowo w apce wystawionej w Play Store. To dostatecznie dobry powód, by zmieniać numer wersji, sprawdzać czy nie zawieruszyły się jakieś testowe ustawienia, budować podpisany plik .apk i wrzucać do marketu. Mamy do tego specjalny dział.

Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy nie wrzucę mu aplikacji desktopowej na stronę w taki sposób, by działała w przeglądarce. Po rozmowie z autorem oryginału, który miał być moim konsultantem, okazało się, że program został napisany w Delphi. W praktyce oznaczało to, że program trzeba napisać od zera, żeby stał się aplikacją webową. W dodatku autor nie wydawał się skłonny do współpracy. Najprawdopodobniej przejęcie tematu tej aplikacji przez kogoś innego oznaczałoby dla niego utratę stanowiska w firmie. Na prośbę o utworzenie testowej bazy danych odparł, że za takie rzeczy grozi prokurator. Haracze, wymuszenia i testy poza produkcją – poznajcie moje gangsterskie życie. Kolejne notki mogą pojawiać się z opóźnieniem, ktoś będzie wrzucał je krótko po widzeniu ze mną. Nowy sezon będzie opowiadał o budowaniu pozycji wśród współosadzonych.

Osoba, która mnie o coś takiego prosiła, też jest dobra. Nie potrafiła nawet włączyć istniejącej aplikacji, wytłumaczyć, o co w niej chodzi, zresztą, to ja powinienem wiedzieć. Potem pyta, ile czasu mi to zajmie i ile będzie kosztować. Ile pieniędzy by się za to nie wzięło, to i tak nie wiadomo, czy uda się spełnić wszystkie wymyślone na poczekaniu życzenia w wyznaczonym czasie. Ludzie niezwiązani z branżą nie rozumieją, że dla obu stron jest najlepiej, jeśli najpierw przygotują wyczerpującą dokumentację na temat działania aplikacji. Mniej rozmów, krótszy czas pisania aplikacji. Mniejsze koszty klienta, więcej czasu dla firmy na inne projekty.

I potem ta sama osoba pyta się mnie, czy nie myślałem o pracy na własną rękę. W tym samym momencie już na dobre się rozmyśliłem.

Alt+0132, Alt+0148

Nigdy nie zapomnę, jak lekarka medycyny pracy zapytała mnie, czy zawsze jestem taki spowolniony. Tamtego dnia nie zdążyłem wypić kawy z rana, nie paliłem od tygodnia i byłem w połowie piątego opakowania leku od alergii. Powiedziałem jej, że jestem studentem i śpię przynajmniej do dziesiątej (rzeczywiście byłem wtedy studentem, a rozmowa miała miejsce o ósmej rano). Ona tylko nalała wody (najprawdopodobniej niegazowanej) do kielicha i bezczelnie się napiła. Picie wody niegazowanej jest żałosne.

Alergolog przypisał mi nowe (oczywiście droższe) leki, które podobno nie powodują senności. Panuje zbyt zmienna pogoda i zbyt krótko biorę te tabletki, by móc jednoznacznie stwierdzić, czy rzeczywiście tak jest. Tak czy inaczej wiążę spore nadzieje w związku ze zmianą. Koniec z zimnymi prysznicami i amfetaminą.

Jeszcze raz spróbuj odgadnąć, co chciałem powiedzieć sekundę później, dziwko. Tym razem wejdziesz mi w słowo, a ja rozniosę cię w rytm „Shut Me Down” Godflesh.

Z innych wieści: chce mi się palić. Mam tak ogromną ochotę ma na papierosa, że ja pierdolę. Ale nie. I wcale nie powstrzymuje mnie to, że nie palę od dziesięciu miesięcy. Nie chodzi też o pieniądze – odkąd nie palę, o wiele więcej wydaję na jedzenie. Co prawda śpi mi się nieporównywalnie lepiej, ale to też jest bez znaczenia. Bezsenne noce z papierosem i książką przy oknie były na tyle magiczne, że zdarza mi się za nimi tęsknić. Tylko jedna rzecz powstrzymuje mnie przed wyjściem do sklepu – powrót do nałogu będzie początkiem końca mojej jedynej aktualnej chyba-pasji.

Mija rok, odkąd poszedłem na pierwsze zajęcia z boksu. W połowie rozgrzewki myślałem, że dostanę zawału. Ostatnich ćwiczeń na koniec ponadgodzinnego treningu – zwyczajnych pompek – prawie nie wykonywałem, bo nie miałem już sił. Moja kondycja poprawiała się z tygodnia na tydzień, ale prawdziwe postępy zacząłem robić krótko po tym, jak postanowiłem rzucić palenie. Gdybym miał teraz wrócić do papierosów, najprawdopodobniej zaliczyłbym taki spadek, że odechciałoby mi się trenować.

Może i nigdy nie będę w tym dobry. Być może nigdy nie wezmę udziału w jakichkolwiek zawodach, zresztą nie przypominam sobie, bym stawiał sobie taki cel. To wszystko nie ma żadnego znaczenia, dopóki te zajęcia pozwalają mi się wyżyć. Czasem – coraz rzadziej – przychodzę wkurwiony jak sto diabłów i próbuję roznieść ten jebany worek (prędzej koń dobiegnie do marchewki, a chomik dotrze na koniec kółka) albo – jeśli zajęcia służą poznaniu nowych technik – tarczując, próbuję zastraszyć partnera przesadnie szybkimi ciosami (staję się wtedy bardzo nieostrożny i dostaję po twarzy ciosami, które powinienem złapać na bloki). Wychodząc, zawsze czuję się lepiej niż przed przyjściem. To uzależnia.

Wystarczy tych sztucznych wzruszeń. Nie palę od dziesięciu miesięcy, ale dziś bym zapalił. Podobnie jak wczoraj, przedwczoraj i trzy dni temu. I jutro, i pojutrze. Proszę pani ze sklepu na dole, czy byłaby pani tak łaskawa przestać kopcić? To niewiarygodne, że dym z tak małej rzeczy jak papieros jest w stanie przebyć tyle metrów odległości i pozostać na tyle nierozproszonym, bym mógł w stanie go wyczuć, mając wokół siebie tylu spoconych facetów.

Gdybym ciągle palił, najprawdopodobniej potrzebowałbym pomocy psychiatry. Na paczkach ze strasznymi rzeczami zaczęto drukować straszne obrazki ze strasznymi podpisami, na przykład: „Jeśli nie przestaniesz palić, kurwiu, ten babsztyl przyjdzie do ciebie w nocy i będzie ciągał cię za nogi” i zdjęcie twojej matki. Niektórzy palacze udają, że kolekcjonują te obrazki, ale jest naukowo udowodnione, że teraz palenie sprawia im o wiele mniej przyjemności, więc muszą palić jeszcze więcej. Genialnie rozegrane, koncerny produkujące straszne rzeczy.

Kiedy w mojej głowie pojawia się zdanie „Życie to żart”, wyobrażam sobie, że zostaje wypowiedziane w jakiejś żenującej komedii, której nikt nie chce wystawiać. Gdyby ktoś odważył się ją odegrać, na premierę przyszłaby między innymi siedemdziesięcioletnia babka, która w momencie wypowiadania zdania, pokiwałaby głową z uśmiechem. Na pewno nikt by się nie śmiał.

Ale ja mam pomysł na uratowanie tej sztuki. Jeden z bohaterów po usłyszeniu tego zdania powinien obrócić się na pięcie, wyjść przez łuk triumfalny i, orientując się, że nie ma czym trzasnąć, krzyknąć: „Kurwa! Tu nie ma drzwi!”. Nikt by nie wiedział, o co chodzi.

Lunapark koncentracyjny

Załóżmy na chwilę, że istnieje jakiś bóg. Słucha mało wyszukanej muzyki, w dodatku w nędznym wykonaniu. Uwielbia jak ludzie zbierają się w budynkach przeznaczonych wyłącznie do tego, by się zbierać się w nim w niedziele. Nie wie albo udaje, że nie wie, co ci ludzie robili przez resztę tygodnia. Nie chce mu się czytać w ich myślach, więc nie wie, że niektórzy woleliby spędzić ten czas inaczej. Słucha tylko pochwał wypowiedzianych na głos. Od czasu do czasu wysłucha jakiejś modlitwy uważnie, czasem nawet spełni czyjąś prośbę. Tymi, którzy nie przychodzą do tego budynku, nie zaprząta sobie głowy, może nawet nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia. Patrzy sobie z góry na tych wszystkich zebranych i myśli, że ten świat, który stworzył to naprawdę piękna zabawka.

Załóżmy, że jakiś bóg istnieje. Zszedł na ziemię i powiedział komuś, żeby modlić się do niego, bo może i go nie widać, ale on wszystko słyszy. Potem wrócił na niebo i patrzył, co się będzie działo. Pośmiał się przez kilka dni, bo jacyś ludzie zaczęli, płacząc, opowiadać mu w najmniejszych detalach o swoich tragediach. Potem się znudził, ludzie dalej się modlili, ale on ich już nie słuchał. Chciał nowej rozrywki, więc znowu zszedł na ziemię i powiedział komuś, by zabijać wszystkich, którzy żyją inaczej niż on na to pozwala. Wojny są zdecydowanie ciekawsze, więc nie musi wymyślać już niczego nowego. Schodzi na ziemię tylko od czasu do czasu, żeby się komuś objawić. Pokazuje się tylko pojedynczym osobom, bo wydaje mu się to bardzo zabawne, gdy wątpiący tracą czas na rozważania na temat jego osoby.

Jeśli jakiś bóg istnieje (możemy tak założyć), to tysiące lat temu wymyślił kodeks moralny i ma zamiar potem rozliczać każdą pojedynczą osobę, która się narodziła, z tego, jak go przestrzegała. Nie mógł od razu stworzyć ludzi i wrzucić ich losowo do piekła albo raju, bo żadna z osób nie miałaby jakiejkolwiek historii do opowiedzenia – byłoby to trochę smutne. Nie może ich też zamienić w dowolnym momencie miejscami, bo to by było niesprawiedliwe. Trzeba się nastarać przy tworzeniu placu zabaw, jeśli ma dostarczać rozrywki na całą wieczność.

Opowiedzcie mi o jakimś bogu w taki sposób, że gdy przekonam się o jego istnieniu, będę miał do niego choć trochę szacunku. Bogowie, o jakich do tej pory słyszałem, są półgłówkami albo psychopatami.

Jag är den glömda köttfärsen – längst bak i frysen

My workmate speaks bizzare type of Polish. His language mistakes would be forgiven if he were five years old or he were Russian. He knows about that but he believes that his English is better. Some memos from him I received were in English because it was easier for him.

Unbefuckinglievable. So smart programmer can be such a dumb.

No, your English is not better than your Polish. You simply replace kurwa with fuck to be more polite. Have you just said proudly that you have watched Avengers with English subtitles and you understood everything? Wow, so proud of you! Target audience for this movie is 8+ (from ethnic ghetto). Try to watch good movie or read any not an idiot book. Or try to watch good movie or read any book in Polish because you talk bullshits. Random twelve-year-old British can talk to you such way that you will never understand and Google Translate will not help you.

How many mistakes I have done in this short text?

Próba mikrofonu (00×00)

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tekstu nie będziecie mieli poczucia zmarnowania czasu. Ciągle próbuję coś pisać, w ciągu ostatnich trzech miesięcy zacząłem trzydzieści wpisów, z czego skończyłem kilka, a tylko jeden wydał mi się na tyle dobry, by się nim z wami podzielić (dziś szczerze tego żałuję). Nadszedł czas, by przestać się martwić i pokochać bombę atomową.

Wciśnij CYNGIEL, by rozbryzgać swój mózg na ścianie. Nowy rok, nowa ja, co za brednie.

Problem przeludnienia jest realny. Nie da się wyjść na ulicę i nikogo nie spotkać, wszędzie pieprzone samochody i piechurzy poruszający się w żółwim tempie. Jeśli w drodze do pracy nie muszę ani razu przejść na drugą stronę ulicy, by kogoś wyminąć, jestem prawie szczęśliwy. Miasto numer B chyba nie jest przystosowane do tego, bym w nim mieszkał. Spędzenie połowy dzieciństwa i dorastanie w zaginionej osadzie odcisnęło nieodwracalne piętno. Wykształciłem w sobie bezzasadne przywiązanie do luksusu samotności. Miałem taki las, gdzie mogłem spacerować z psem i prawie nigdy nikogo nie spotykałem. Teraz mam rzekę i rachityczny lasek, ale tylko w weekendy i notorycznie gwałcone przez czyjąś obecność.

Większość weekendów spędzam u rodziców. Prawie nigdy całe, bo już mam co robić ze swoim życiem, ale i tak sześć godzin z tygodnia tracę na dojazdach. Jeśli zdecyduję się na podróż autobusem, muszę pojechać na dworzec, stanąć w kolejce, jeśli chcę mieć gdzie usiąść, i poczekać aż autobus przyjedzie. Potem tylko niecałe dwie godziny podróży do miasta numer A. Swoją drogą – studenci z ogromnymi torbami i babki z sąsiednich wiosek przeciskające się do autobusu – jaki to żenujący widok. W jakim ja kraju żyję, że firma otrzymująca państwowe dotacje nie potrafi zapewnić uczciwego transportu publicznego?

tu
TU
T U
Tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu…

Natomiast jeśli zdecyduję się na podróż z nieznajomym ogłaszającym się przez BlaBlaCar, sytuacja może rozwinąć się różnie. Sama podróż trwa tylko godzinę, zdarza się też, że kierowca podjedzie pod sam blok. Czasem jednak kierowca jedzie z innego miasta, ma nieprzewidziane opóźnienie i trzeba czekać w bezużytecznym napięciu. Gdybym kupił pieprzony samochód, nie miałbym takich głupich problemów. Nie wiem jednak, czy jestem już gotowy na nowe źródło nieprzewidzianych wydatków. Do tej pory całkiem przyjemnie odkładało mi się kasę z mojej niewielkiej wypłaty.

Jeśli w życiu chodzi o to, żeby widzieć nowe miejsca, to jak do tej pory swoje przegrywałem. Tylko drogę z miasta numer B do numer A znam już do obrzydzenia, a mimo to nie potrafię odlać się do końca przed podróżą, tak bardzo zżerają mnie nerwy. Ostatnio mam ochotę zadzwonić do jakiegoś kierowcy z ogłoszenia, wyjechać z nim o trzeciej w nocy do miasta na drugim końcu Polski, zjeść tam hamburgera i wrócić do domu. Został mi tydzień urlopu z poprzedniego roku. Zastanawiam się, czy wykorzystać go na wyjazd w polskie góry, czy może polecieć do jakiegoś cieplejszego kraju. A nawet jeśli będę chciał kogokolwiek zabrać w tę magiczną podróż, to jestem ciekawy, czy ktokolwiek będzie chciał w nią ze mną w nią wyruszyć.

Aktor nr 1: Czy czujesz się czasem jak śmieć?
Aktor nr 2: Nie, dlaczego?
A1: Hmm, dziwne. Moim zdaniem powinieneś. Na twoim miejscu bym się zabił.
A2: Ale co na to moi rodzice?
A1: Ale że niby co? Naprawdę myślisz, że wszystko kręci się wokół ciebie? Masz tu broń.
Aktor nr 1 wyciąga zza pasa glocka i podaje Aktorowi nr 2.
A2: Jesteś chory.
A1: Wszystko, co robię, służy temu, by zredefiniować znaczenie słowa ciemność. Z uporem maniaka próbuję przesunąć granicę, z czego można się śmiać. Kiedyś jechałem autobusem i zobaczyłem billboard reklamujący centrum handlowe ze sloganem Błyszcz w trumnie. Potem zorientowałem się, że źle przeczytałem napis.
A2: Co tak naprawdę było tam napisane?
A1: Błyszcz w tłumie. Śmiał się cały autobus, mimo że nikomu o tym nie powiedziałem.
A2: To najgłupsza rzecz, jaką słyszałem w życiu! Będzie mnie prześladować do końca moich dni i nie pomoże tu żadna melisa! Przekonałeś mnie.
Aktor nr 2 przykłada pistolet pod brodę i wciska cyngiel. Mózg nie rozbryzguje się po ścianach i suficie, bo jesteśmy na scenie teatru, gdzie takie rzeczy są zazwyczaj w dużej odległości od siebie. Poza tym nie potrafimy wiernie naśladować takich rozbryzgów bez uśmiercania aktorów.
Aktor nr 2 jest zdziwiony, pada rozstrzęsiony na kolana. Aktor nr 1 zanosi się opętańczym śmiechem. Na scenę wbiegają Afropolacy przebrani za policjantów. Celują z pistoletów w Aktora nr 1, krzycząc coś po arabsku. Ten wyciąga zza pasa dwa pistolety Desert Eagle i rzuca się w lewą stronę w spowolnionym tempie, strzelając do Afropolaków. Ci padają po kolei – również w zwolnionym tempie. Aktor nr 1 wstaje i podchodzi do klęczącego Aktora nr 2.
A2: Zabij mnie. Proszę. Ta sztuka i tak została już splamiona popkulturową przemocą i śmiercią w takim stopniu, że moje przetrwanie niczego nie ocali.
A1: Tak, bo jesteś śmieciem.
Aktor nr 1 przykłada pistolet z prawej dłoni do czoła Aktora nr 2 i wciska cyngiel. Aktor nr 2 pada na plecy i wygląda śmiesznie z tymi swoimi stopami pod plecami.

Ogólnie to całe życie wśród ludzi nigdy mnie szczególnie nie bawiło. Jedna osoba na podstawie moich wypowiedzi stwierdziła, że nie znoszę Polaków, dwie inne, że chyba nie lubię ludzi w ogóle. To wszystko prawda, ale na całość składa się pytanie jeszcze innej osoby o to, czemu tak siebie nienawidzę. Możecie się ze mnie śmiać, ale od czasu kiedy usłyszałem to pytanie, wiele się zmieniło.

Nienawidzę siebie i was wszystkich za wszystkie rozczarowania, jakie mi fundujemy. Za naszą niedoskonałość, głównie za skłonność do siedzenia we własnych szczynach. Nienawidzę wszystkich palaczy, narkomanów oraz pijaków – niedzielnych i nałogowych. Nie cierpię współpracowników, którzy spóźniają się do pracy, spędzają godzinę dziennie w kiblu, drugą na obiedzie, a trzecią, grając w Quake’a, gdy szef pójdzie do domu, bo w przeciwieństwie do ciebie przyszedł na siódmą. Nienawidzę ludzi za to, że są tacy nudni – gdy spotka się dwóch facetów, którzy średnio się znają, na sto procent będą rozmawiać o pieprzonych samochodach albo piłce. Nienawidzę autorów zlewu zawalonego patelniami zabrudzonymi tydzień temu i przekleństw z piętra wyżej. Nienawidzę siebie za hipokryzję. Za to, że tak wiele wymagam od ludzi, za to, że tak boli mnie, gdy tego nie dostaję. I za to, że tak niewiele dla nich daję, też się nienawidzę. Nie znoszę siebie za to, że tak często brakuje we mnie woli życia i za to, że tak bardzo jest to widoczne dla przypadkowo napotkanych ludzi.

Hej, ciągle potrafię narzekać i użalać się nad sobą! Muszę zacząć częściej robić użytek ze swojego jedynego talentu.