Lubię kłaść ludzi zębami na krawężniku

Zmiana biura, jak dotąd same plusy. Po pierwsze – znacznie więcej przestrzeni. Po drugie – więcej światła. Po trzecie – znacznie ciszej. Raz, że testerzy dostali oddzielny pokój, gdzie mogą się zamknąć i do woli gadać o dupie Maryni. Dwa, mój pokój jest z dala od kuchni, miejsca, gdzie powinny wybuchać bomby za każdym razem, gdy wejdzie do niego więcej niż jedna osoba. Niby potrafię się wyłączać, ale zawsze zajmuje mi trochę czasu nauczenie się nowego głosu do zignorowania. Zazwyczaj zdążę nasłuchać się ze zrozumieniem tylu bredni, że z zażenowania każdej nocy śpię coraz mniej.

Nic tak mnie nie drażni, jak rozmowy o kawie. Jeden kretyn za drugim idiotą powtarza, że kawa wypłukuje magnez. Oczywiście nikt tego nigdzie nie przeczytał, tylko usłyszał w którejś z reklam suplementu diety. Spazmów dostaję, gdy słyszę w jednym zdaniu słowa „kawa” i „problemy z sercem”. Skurwysyn robi lurę z jednej łyżeczki rozpuszczalnego badziewia, leje pół kubka mleka, dosypuje trzy łyżki cukru i przeżywa dramat z powodu faktu, że pije trzy takie kawy dziennie. Jeśli ktoś się przy mnie poskarży, że po naturalnej kawie trzęsą mu się ręce, mi również się trzęsą – niezależnie od tego, co i czy w ogóle coś piłem.

Oglądałem ostatnio „Życie za życie”. Miałem ochotę wejść do filmu i przylutować Kevinowi Spaceyowi za wypowiedzenie tak daremnego tekstu jak „kofeinowy wstrząs”. Kawa nie może działać w taki sposób na dorosłych ludzi. Wstrząsu spodziewałbym się po amfetaminie, choć pewnie i tak byłbym rozczarowany.

A nie daj Boże niech ktoś tylko zaparzy yerba mate. Za każdym razem wejdzie za nim do kuchni osoba, która ostatnie dziesięć lat spędziła w kapsule hibernacyjnej i w życiu nie słyszała o Wojciechu Cejrowskim. Wszystkich dziwi ta śmieszna łyżka/rurka/coś, że nie sto stopni, każdy chce wiedzieć, gdzie to kupić. Z kolei naśladowcy Cejrowskiego rozpływają się nad tym, jaki ten napój jest cudowny (w sumie jest). Po tym, jak udzielą odpowiedzi na trzecie pytanie, zjawia się tłum, który wynosi ich na rękach na ulicę. Maszeruje przez miasto numer B, wznosząc radosne okrzyki, a dziwki rzucają w orszak pieniędzmi.

Ja zawsze odsyłam swoich potencjalnych rozmówców do Wikipedii, taki ze mnie buc. Nie piję tego, żeby komukolwiek zaimponować, a mówienie o pierdołach strasznie mnie rozprasza.

Jak zwykle nie mam puenty

Za sprzedawanie ponownie zamrażanego mięsa powinno karać się więzieniem. Na pierwszy rzut oka nie widać, że jest zepsute, ale podczas smażenia zaczyna się pienić. Kurczak powinien być miękki po sześciu minutach, jeśli po piętnastu jest ciągle twardy, można być pewnym, że lepiej zjeść coś innego. Niby drobiazg, ale potęguje poczucie bezsilności jak mało co.

To nie tak miało być. Nie po to kupiłem ryż za sześć złotych, żeby teraz lać na niego zblendowane banany i kiwi.

Spokojnie, nie walnę przecież pięścią w ścianę z powodu rzeczy, które usłyszałem. To są tylko słowa, prawda? Z kolei sprawa z kurczakiem jest za bardzo rozłożona w czasie. Poczekam na coś jeszcze bardziej błahego, ale za to bardziej nagłego. Na przykład na niespodziewane okno dialogowe pojawiające się na ekranie w momencie wpisywania czegoś z klawiatury.

Czekam na noc do zapadnięcia, kiedy wszystko jest znośne. I tam w ciszy wszystko, co czujesz, to spokój. Chyba, że akurat nie będziesz mógł zasnąć, wtedy możesz poczuć na przykład wstyd z powodu wydarzeń sprzed czterech lat. Ale ponieważ raczej nie wstaniesz z łóżka i nie zaczniesz walczyć z szafą, Tajemniczemu Obserwatorowi (nie odwracaj się), który jest zawsze za tobą, może się wydawać, że jesteś spokojny.

Ktoś się właśnie dorobił marnego naśladowcy

Nieprogramiści udają, że szanują twoją pracę, ale nigdy do końca nie wiadomo, w jaki sposób o niej myślą. Nieprogramiści, którzy czegoś ode mnie chcieli, mówili o tym, co miałbym dla nich zrobić w taki sposób, jakby chodziło o napisanie listu do komputera albo przeciągnięcie jakichś bloczków w programie do programowania. Krew się trochę gotuje.

Na początku projektu często przygotowuje się dla klientów aplikacje-wydmuszki z zylionem widoków, w których niewiele można zrobić. Niektórzy są w ciężkim szoku, że przygotowanie widoku pod jakąś funkcjonalność nie jest tożsame z ukończeniem funkcjonalności (rozumiecie, program do robienia programów po narysowaniu okienka dialogowego sam decyduje o tym, co się stanie po wciśnięciu któregoś z przycisków). Nawet jeśli uda się jakoś wytłumaczyć brak takiej zależności, ukończenie funkcjonalności bez dodania nowych widoków może zostać odebrane przez klienta jako brak postępów.

Gdyby nie Crashlytics, nigdy nie udałoby się naprawić błędów zgłoszonych przez klientów, którzy nie posiadają żadnego zaplecza technicznego. Dowolny błąd w aplikacji może zostać opisany w taki sposób, że aplikacja nie działa. Prośba o opisanie sytuacji (często określanej mianem niedopuszczalnej), w której coś działało niezgodnie z oczekiwaniami, rzadko skutkuje otrzymaniem jakichkowiek informacji, poza tymi, że program był akurat włączony i coś było kompulsywnie klikane.

Tak. Możecie dzwonić co godzinę, że chcecie zamienić kolejne słowo w apce wystawionej w Play Store. To dostatecznie dobry powód, by zmieniać numer wersji, sprawdzać czy nie zawieruszyły się jakieś testowe ustawienia, budować podpisany plik .apk i wrzucać do marketu. Mamy do tego specjalny dział.

Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy nie wrzucę mu aplikacji desktopowej na stronę w taki sposób, by działała w przeglądarce. Po rozmowie z autorem oryginału, który miał być moim konsultantem, okazało się, że program został napisany w Delphi. W praktyce oznaczało to, że program trzeba napisać od zera, żeby stał się aplikacją webową. W dodatku autor nie wydawał się skłonny do współpracy. Najprawdopodobniej przejęcie tematu tej aplikacji przez kogoś innego oznaczałoby dla niego utratę stanowiska w firmie. Na prośbę o utworzenie testowej bazy danych odparł, że za takie rzeczy grozi prokurator. Haracze, wymuszenia i testy poza produkcją – poznajcie moje gangsterskie życie. Kolejne notki mogą pojawiać się z opóźnieniem, ktoś będzie wrzucał je krótko po widzeniu ze mną. Nowy sezon będzie opowiadał o budowaniu pozycji wśród współosadzonych.

Osoba, która mnie o coś takiego prosiła, też jest dobra. Nie potrafiła nawet włączyć istniejącej aplikacji, wytłumaczyć, o co w niej chodzi, zresztą, to ja powinienem wiedzieć. Potem pyta, ile czasu mi to zajmie i ile będzie kosztować. Ile pieniędzy by się za to nie wzięło, to i tak nie wiadomo, czy uda się spełnić wszystkie wymyślone na poczekaniu życzenia w wyznaczonym czasie. Ludzie niezwiązani z branżą nie rozumieją, że dla obu stron jest najlepiej, jeśli najpierw przygotują wyczerpującą dokumentację na temat działania aplikacji. Mniej rozmów, krótszy czas pisania aplikacji. Mniejsze koszty klienta, więcej czasu dla firmy na inne projekty.

I potem ta sama osoba pyta się mnie, czy nie myślałem o pracy na własną rękę. W tym samym momencie już na dobre się rozmyśliłem.

Alt+0132, Alt+0148

Nigdy nie zapomnę, jak lekarka medycyny pracy zapytała mnie, czy zawsze jestem taki spowolniony. Tamtego dnia nie zdążyłem wypić kawy z rana, nie paliłem od tygodnia i byłem w połowie piątego opakowania leku od alergii. Powiedziałem jej, że jestem studentem i śpię przynajmniej do dziesiątej (rzeczywiście byłem wtedy studentem, a rozmowa miała miejsce o ósmej rano). Ona tylko nalała wody (najprawdopodobniej niegazowanej) do kielicha i bezczelnie się napiła. Picie wody niegazowanej jest żałosne.

Alergolog przypisał mi nowe (oczywiście droższe) leki, które podobno nie powodują senności. Panuje zbyt zmienna pogoda i zbyt krótko biorę te tabletki, by móc jednoznacznie stwierdzić, czy rzeczywiście tak jest. Tak czy inaczej wiążę spore nadzieje w związku ze zmianą. Koniec z zimnymi prysznicami i amfetaminą.

Jeszcze raz spróbuj odgadnąć, co chciałem powiedzieć sekundę później, dziwko. Tym razem wejdziesz mi w słowo, a ja rozniosę cię w rytm „Shut Me Down” Godflesh.

Z innych wieści: chce mi się palić. Mam tak ogromną ochotę ma na papierosa, że ja pierdolę. Ale nie. I wcale nie powstrzymuje mnie to, że nie palę od dziesięciu miesięcy. Nie chodzi też o pieniądze – odkąd nie palę, o wiele więcej wydaję na jedzenie. Co prawda śpi mi się nieporównywalnie lepiej, ale to też jest bez znaczenia. Bezsenne noce z papierosem i książką przy oknie były na tyle magiczne, że zdarza mi się za nimi tęsknić. Tylko jedna rzecz powstrzymuje mnie przed wyjściem do sklepu – powrót do nałogu będzie początkiem końca mojej jedynej aktualnej chyba-pasji.

Mija rok, odkąd poszedłem na pierwsze zajęcia z boksu. W połowie rozgrzewki myślałem, że dostanę zawału. Ostatnich ćwiczeń na koniec ponadgodzinnego treningu – zwyczajnych pompek – prawie nie wykonywałem, bo nie miałem już sił. Moja kondycja poprawiała się z tygodnia na tydzień, ale prawdziwe postępy zacząłem robić krótko po tym, jak postanowiłem rzucić palenie. Gdybym miał teraz wrócić do papierosów, najprawdopodobniej zaliczyłbym taki spadek, że odechciałoby mi się trenować.

Może i nigdy nie będę w tym dobry. Być może nigdy nie wezmę udziału w jakichkolwiek zawodach, zresztą nie przypominam sobie, bym stawiał sobie taki cel. To wszystko nie ma żadnego znaczenia, dopóki te zajęcia pozwalają mi się wyżyć. Czasem – coraz rzadziej – przychodzę wkurwiony jak sto diabłów i próbuję roznieść ten jebany worek (prędzej koń dobiegnie do marchewki, a chomik dotrze na koniec kółka) albo – jeśli zajęcia służą poznaniu nowych technik – tarczując, próbuję zastraszyć partnera przesadnie szybkimi ciosami (staję się wtedy bardzo nieostrożny i dostaję po twarzy ciosami, które powinienem złapać na bloki). Wychodząc, zawsze czuję się lepiej niż przed przyjściem. To uzależnia.

Wystarczy tych sztucznych wzruszeń. Nie palę od dziesięciu miesięcy, ale dziś bym zapalił. Podobnie jak wczoraj, przedwczoraj i trzy dni temu. I jutro, i pojutrze. Proszę pani ze sklepu na dole, czy byłaby pani tak łaskawa przestać kopcić? To niewiarygodne, że dym z tak małej rzeczy jak papieros jest w stanie przebyć tyle metrów odległości i pozostać na tyle nierozproszonym, bym mógł w stanie go wyczuć, mając wokół siebie tylu spoconych facetów.

Gdybym ciągle palił, najprawdopodobniej potrzebowałbym pomocy psychiatry. Na paczkach ze strasznymi rzeczami zaczęto drukować straszne obrazki ze strasznymi podpisami, na przykład: „Jeśli nie przestaniesz palić, kurwiu, ten babsztyl przyjdzie do ciebie w nocy i będzie ciągał cię za nogi” i zdjęcie twojej matki. Niektórzy palacze udają, że kolekcjonują te obrazki, ale jest naukowo udowodnione, że teraz palenie sprawia im o wiele mniej przyjemności, więc muszą palić jeszcze więcej. Genialnie rozegrane, koncerny produkujące straszne rzeczy.

Kiedy w mojej głowie pojawia się zdanie „Życie to żart”, wyobrażam sobie, że zostaje wypowiedziane w jakiejś żenującej komedii, której nikt nie chce wystawiać. Gdyby ktoś odważył się ją odegrać, na premierę przyszłaby między innymi siedemdziesięcioletnia babka, która w momencie wypowiadania zdania, pokiwałaby głową z uśmiechem. Na pewno nikt by się nie śmiał.

Ale ja mam pomysł na uratowanie tej sztuki. Jeden z bohaterów po usłyszeniu tego zdania powinien obrócić się na pięcie, wyjść przez łuk triumfalny i, orientując się, że nie ma czym trzasnąć, krzyknąć: „Kurwa! Tu nie ma drzwi!”. Nikt by nie wiedział, o co chodzi.

Lunapark koncentracyjny

Załóżmy na chwilę, że istnieje jakiś bóg. Słucha mało wyszukanej muzyki, w dodatku w nędznym wykonaniu. Uwielbia jak ludzie zbierają się w budynkach przeznaczonych wyłącznie do tego, by się zbierać się w nim w niedziele. Nie wie albo udaje, że nie wie, co ci ludzie robili przez resztę tygodnia. Nie chce mu się czytać w ich myślach, więc nie wie, że niektórzy woleliby spędzić ten czas inaczej. Słucha tylko pochwał wypowiedzianych na głos. Od czasu do czasu wysłucha jakiejś modlitwy uważnie, czasem nawet spełni czyjąś prośbę. Tymi, którzy nie przychodzą do tego budynku, nie zaprząta sobie głowy, może nawet nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia. Patrzy sobie z góry na tych wszystkich zebranych i myśli, że ten świat, który stworzył to naprawdę piękna zabawka.

Załóżmy, że jakiś bóg istnieje. Zszedł na ziemię i powiedział komuś, żeby modlić się do niego, bo może i go nie widać, ale on wszystko słyszy. Potem wrócił na niebo i patrzył, co się będzie działo. Pośmiał się przez kilka dni, bo jacyś ludzie zaczęli, płacząc, opowiadać mu w najmniejszych detalach o swoich tragediach. Potem się znudził, ludzie dalej się modlili, ale on ich już nie słuchał. Chciał nowej rozrywki, więc znowu zszedł na ziemię i powiedział komuś, by zabijać wszystkich, którzy żyją inaczej niż on na to pozwala. Wojny są zdecydowanie ciekawsze, więc nie musi wymyślać już niczego nowego. Schodzi na ziemię tylko od czasu do czasu, żeby się komuś objawić. Pokazuje się tylko pojedynczym osobom, bo wydaje mu się to bardzo zabawne, gdy wątpiący tracą czas na rozważania na temat jego osoby.

Jeśli jakiś bóg istnieje (możemy tak założyć), to tysiące lat temu wymyślił kodeks moralny i ma zamiar potem rozliczać każdą pojedynczą osobę, która się narodziła, z tego, jak go przestrzegała. Nie mógł od razu stworzyć ludzi i wrzucić ich losowo do piekła albo raju, bo żadna z osób nie miałaby jakiejkolwiek historii do opowiedzenia – byłoby to trochę smutne. Nie może ich też zamienić w dowolnym momencie miejscami, bo to by było niesprawiedliwe. Trzeba się nastarać przy tworzeniu placu zabaw, jeśli ma dostarczać rozrywki na całą wieczność.

Opowiedzcie mi o jakimś bogu w taki sposób, że gdy przekonam się o jego istnieniu, będę miał do niego choć trochę szacunku. Bogowie, o jakich do tej pory słyszałem, są półgłówkami albo psychopatami.

Jag är den glömda köttfärsen – längst bak i frysen

My workmate speaks bizzare type of Polish. His language mistakes would be forgiven if he were five years old or he were Russian. He knows about that but he believes that his English is better. Some memos from him I received were in English because it was easier for him.

Unbefuckinglievable. So smart programmer can be such a dumb.

No, your English is not better than your Polish. You simply replace kurwa with fuck to be more polite. Have you just said proudly that you have watched Avengers with English subtitles and you understood everything? Wow, so proud of you! Target audience for this movie is 8+ (from ethnic ghetto). Try to watch good movie or read any not an idiot book. Or try to watch good movie or read any book in Polish because you talk bullshits. Random twelve-year-old British can talk to you such way that you will never understand and Google Translate will not help you.

How many mistakes I have done in this short text?

Próba mikrofonu (00×00)

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tekstu nie będziecie mieli poczucia zmarnowania czasu. Ciągle próbuję coś pisać, w ciągu ostatnich trzech miesięcy zacząłem trzydzieści wpisów, z czego skończyłem kilka, a tylko jeden wydał mi się na tyle dobry, by się nim z wami podzielić (dziś szczerze tego żałuję). Nadszedł czas, by przestać się martwić i pokochać bombę atomową.

Wciśnij CYNGIEL, by rozbryzgać swój mózg na ścianie. Nowy rok, nowa ja, co za brednie.

Problem przeludnienia jest realny. Nie da się wyjść na ulicę i nikogo nie spotkać, wszędzie pieprzone samochody i piechurzy poruszający się w żółwim tempie. Jeśli w drodze do pracy nie muszę ani razu przejść na drugą stronę ulicy, by kogoś wyminąć, jestem prawie szczęśliwy. Miasto numer B chyba nie jest przystosowane do tego, bym w nim mieszkał. Spędzenie połowy dzieciństwa i dorastanie w zaginionej osadzie odcisnęło nieodwracalne piętno. Wykształciłem w sobie bezzasadne przywiązanie do luksusu samotności. Miałem taki las, gdzie mogłem spacerować z psem i prawie nigdy nikogo nie spotykałem. Teraz mam rzekę i rachityczny lasek, ale tylko w weekendy i notorycznie gwałcone przez czyjąś obecność.

Większość weekendów spędzam u rodziców. Prawie nigdy całe, bo już mam co robić ze swoim życiem, ale i tak sześć godzin z tygodnia tracę na dojazdach. Jeśli zdecyduję się na podróż autobusem, muszę pojechać na dworzec, stanąć w kolejce, jeśli chcę mieć gdzie usiąść, i poczekać aż autobus przyjedzie. Potem tylko niecałe dwie godziny podróży do miasta numer A. Swoją drogą – studenci z ogromnymi torbami i babki z sąsiednich wiosek przeciskające się do autobusu – jaki to żenujący widok. W jakim ja kraju żyję, że firma otrzymująca państwowe dotacje nie potrafi zapewnić uczciwego transportu publicznego?

tu
TU
T U
Tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu…

Natomiast jeśli zdecyduję się na podróż z nieznajomym ogłaszającym się przez BlaBlaCar, sytuacja może rozwinąć się różnie. Sama podróż trwa tylko godzinę, zdarza się też, że kierowca podjedzie pod sam blok. Czasem jednak kierowca jedzie z innego miasta, ma nieprzewidziane opóźnienie i trzeba czekać w bezużytecznym napięciu. Gdybym kupił pieprzony samochód, nie miałbym takich głupich problemów. Nie wiem jednak, czy jestem już gotowy na nowe źródło nieprzewidzianych wydatków. Do tej pory całkiem przyjemnie odkładało mi się kasę z mojej niewielkiej wypłaty.

Jeśli w życiu chodzi o to, żeby widzieć nowe miejsca, to jak do tej pory swoje przegrywałem. Tylko drogę z miasta numer B do numer A znam już do obrzydzenia, a mimo to nie potrafię odlać się do końca przed podróżą, tak bardzo zżerają mnie nerwy. Ostatnio mam ochotę zadzwonić do jakiegoś kierowcy z ogłoszenia, wyjechać z nim o trzeciej w nocy do miasta na drugim końcu Polski, zjeść tam hamburgera i wrócić do domu. Został mi tydzień urlopu z poprzedniego roku. Zastanawiam się, czy wykorzystać go na wyjazd w polskie góry, czy może polecieć do jakiegoś cieplejszego kraju. A nawet jeśli będę chciał kogokolwiek zabrać w tę magiczną podróż, to jestem ciekawy, czy ktokolwiek będzie chciał w nią ze mną w nią wyruszyć.

Aktor nr 1: Czy czujesz się czasem jak śmieć?
Aktor nr 2: Nie, dlaczego?
A1: Hmm, dziwne. Moim zdaniem powinieneś. Na twoim miejscu bym się zabił.
A2: Ale co na to moi rodzice?
A1: Ale że niby co? Naprawdę myślisz, że wszystko kręci się wokół ciebie? Masz tu broń.
Aktor nr 1 wyciąga zza pasa glocka i podaje Aktorowi nr 2.
A2: Jesteś chory.
A1: Wszystko, co robię, służy temu, by zredefiniować znaczenie słowa ciemność. Z uporem maniaka próbuję przesunąć granicę, z czego można się śmiać. Kiedyś jechałem autobusem i zobaczyłem billboard reklamujący centrum handlowe ze sloganem Błyszcz w trumnie. Potem zorientowałem się, że źle przeczytałem napis.
A2: Co tak naprawdę było tam napisane?
A1: Błyszcz w tłumie. Śmiał się cały autobus, mimo że nikomu o tym nie powiedziałem.
A2: To najgłupsza rzecz, jaką słyszałem w życiu! Będzie mnie prześladować do końca moich dni i nie pomoże tu żadna melisa! Przekonałeś mnie.
Aktor nr 2 przykłada pistolet pod brodę i wciska cyngiel. Mózg nie rozbryzguje się po ścianach i suficie, bo jesteśmy na scenie teatru, gdzie takie rzeczy są zazwyczaj w dużej odległości od siebie. Poza tym nie potrafimy wiernie naśladować takich rozbryzgów bez uśmiercania aktorów.
Aktor nr 2 jest zdziwiony, pada rozstrzęsiony na kolana. Aktor nr 1 zanosi się opętańczym śmiechem. Na scenę wbiegają Afropolacy przebrani za policjantów. Celują z pistoletów w Aktora nr 1, krzycząc coś po arabsku. Ten wyciąga zza pasa dwa pistolety Desert Eagle i rzuca się w lewą stronę w spowolnionym tempie, strzelając do Afropolaków. Ci padają po kolei – również w zwolnionym tempie. Aktor nr 1 wstaje i podchodzi do klęczącego Aktora nr 2.
A2: Zabij mnie. Proszę. Ta sztuka i tak została już splamiona popkulturową przemocą i śmiercią w takim stopniu, że moje przetrwanie niczego nie ocali.
A1: Tak, bo jesteś śmieciem.
Aktor nr 1 przykłada pistolet z prawej dłoni do czoła Aktora nr 2 i wciska cyngiel. Aktor nr 2 pada na plecy i wygląda śmiesznie z tymi swoimi stopami pod plecami.

Ogólnie to całe życie wśród ludzi nigdy mnie szczególnie nie bawiło. Jedna osoba na podstawie moich wypowiedzi stwierdziła, że nie znoszę Polaków, dwie inne, że chyba nie lubię ludzi w ogóle. To wszystko prawda, ale na całość składa się pytanie jeszcze innej osoby o to, czemu tak siebie nienawidzę. Możecie się ze mnie śmiać, ale od czasu kiedy usłyszałem to pytanie, wiele się zmieniło.

Nienawidzę siebie i was wszystkich za wszystkie rozczarowania, jakie mi fundujemy. Za naszą niedoskonałość, głównie za skłonność do siedzenia we własnych szczynach. Nienawidzę wszystkich palaczy, narkomanów oraz pijaków – niedzielnych i nałogowych. Nie cierpię współpracowników, którzy spóźniają się do pracy, spędzają godzinę dziennie w kiblu, drugą na obiedzie, a trzecią, grając w Quake’a, gdy szef pójdzie do domu, bo w przeciwieństwie do ciebie przyszedł na siódmą. Nienawidzę ludzi za to, że są tacy nudni – gdy spotka się dwóch facetów, którzy średnio się znają, na sto procent będą rozmawiać o pieprzonych samochodach albo piłce. Nienawidzę autorów zlewu zawalonego patelniami zabrudzonymi tydzień temu i przekleństw z piętra wyżej. Nienawidzę siebie za hipokryzję. Za to, że tak wiele wymagam od ludzi, za to, że tak boli mnie, gdy tego nie dostaję. I za to, że tak niewiele dla nich daję, też się nienawidzę. Nie znoszę siebie za to, że tak często brakuje we mnie woli życia i za to, że tak bardzo jest to widoczne dla przypadkowo napotkanych ludzi.

Hej, ciągle potrafię narzekać i użalać się nad sobą! Muszę zacząć częściej robić użytek ze swojego jedynego talentu.

Koszty utrzymania ciała

Nadchodzi zima. Przez chwilę miałem wrażenie, że moje skrzydła odleciały beze mnie, ale już mi przeszło. Powikłania pogrypowe zmusiły mnie do odwiedzenia lekarza rodzinnego. Pierwszy raz od kilkunastu lat brałem antybiotyk. Przez tydzień nie chodziłem na treningi – i tak nie miałem na nie siły, poza tym nie warto wystawiać obniżonej odporności na próbę. Spałem więcej, przez co często nie robiłem sobie śniadań. Wsuwałem słodkie bułki jak za starych dobrych czasów. Lepsze to niż nic, ale bez jajek, warzyw i odrobiny mięsa nie ma prawdziwego śniadania. Kiedyś nie dałbym rady przełknąć przed piętnastą niczego, co zawierałoby odrobinę oleju, dziś nie wyobrażam sobie dobrego dnia bez porządnego posiłku na start.

Na początku szukałem informacji, co i jak jeść, ale dość szybko sobie odpuściłem, bo w każdej kwestii jest tyle opinii, że można się pogubić. Wykluczenie forów internetowych niewiele pomogło. Chciałbym wierzyć, że opinia dietetyka, który poświęcił kilka lat życia na studia i jeszcze kilka przepracował w zawodzie, jest coś warta. Ale nawet ludzie z tytułami naukowymi reprezentują tak skrajnie różne szkoły, że im chyba też nie zaufam. Jeszcze gorzej niż z witaminą C, o której jedni krzyczą, że liczy się tylko naturalna, inni, że liposomalną, kolejni, że trzeba jeść kilogramami, a jeszcze inni, że tylko lewoskrętna (i co z tego, że nie ma czegoś takiego).

Pewien znany ktoś, kto miał dom i sad, powiedział mi o diecie paleo. Początkowo wydała mi sięstrasznie głupia – rezygnacja z chleba, zbóż, kaszy, mleka i cukru – to brzmiało jak sposób na powolne umieranie z głodu. Na śniadanie jadłem wtedy zazwyczaj owsiankę z owocami albo czarny chleb z twarogiem i miodem, nie wiedziałem, czym miałbym to zastąpić. Potem poszukałem więcej informacji i dałem się zwieść żydomasonerii. Niektórzy zwolennicy takiego stylu życia bardzo lubią teorie spiskowe o tym, że koncerny chcą zawładnąć ludzkimi umysłami, aby zabrać wszystkie pieniądze. Są w nich jakieś ziarna prawdy, ale płukanie zębów olejem kokosowym zamiast mycia z użyciem pasty do zębów to ciężka przesada (do pasty i do wody z wodociągów jest dodawany fluor, by społeczeństwo było bardziej posłuszne, PS to prawda).

Z tej diety wyniosłem dla siebie następującą naukę – kiedy idziesz do Biedry, paszteciarzu, nie ładuj do wózka żadnych rzeczy, które są w plastikowych albo foliowych opakowaniach. No, chyba, że jest to olej, tego nie sprzedają na wagę. Poza tym jeśli jakaś rzecz jest blisko kasy i błyszczy, na pewno jej nie potrzebujesz. Wysoko przetworzona żywność jest niezdrowa. To aksjomat. Mając z tyłu głowy tę mądrość życiową, przestałem jeść chleb oraz słodycze, ograniczyłem przetwory z mleka kasze oraz inne produkty zbożowe. Ktoś może zapytać, co mam do mleka, które nie jest wysoko przetworzone. Do takiego nie mam nic, ale takiego nie można kupić w sklepie. Jeśli chodzi o kasze, nie są one sycące. Dzięki unikaniu zapychaczy straciłem siedem kilogramów. Czuję się lekki, poza tym jem trzy razy dziennie zamiast sześciu – to spora oszczędność czasu.

Jeśli robiłeś sobie placki ziemniaczane, to wiesz, co się z nimi dzieje po dwóch godzinach. Widziałem w sklepie tackę takich placków. Z ciekawości spojrzałem na termin przydatności do spożycia – prawie tydzień. Nawet moja siedemdziesięciojednoletnia babcia opowiadała mi o tych plackach. To był jej dowód na to, że w dzisiejszych czasach w sklepach można kupić wszystko. Swoją drogą, nie pamiętam, kiedy ostatnio ją coś tak rozbawiło jak to jedzenie. W głowie się jej nie mieściło, że ktoś może coś takiego kupić, zamiast poświęcić dwadzieścia minut na zrobienie ich samodzielnie.

Ja to rozumiem, bo zdarza mi się od wielkiego dzwonu kupić zapiekankę albo lasagne, którą wstawiam do mikrofalówki, gdyż na jedzenie z piekarnika za długo trzeba czekać. Po zakończonej konsumpcji mogę spokojnie zacząć przygotowanie obiadu, który wezmę następnego dnia do pracy, nie umierając przy okazji z głodu. Nie ma w tym niczego fascynującego, ale pozwala uniknąć jedzenia w barze albo zamawiania na dowóz. Przez długi czas wychodziłem ze współpracownikami na przerwę obiadową, ale przestałem z kilku powodów. Po pierwsze, wyjście było najczęściej odwlekane co kilkanaście minut i zamiast wyjść o dwunastej, wychodziliśmy na przykład w pół do drugiej, kiedy byłem głodny i wściekły jak sto diabłów. Po drugie, wychodzenie jest czasochłonne. Zamiast pracować, siedzimy i gadamy o bzdurach, mimo tego, że od pół godziny nikt nie je. Po trzecie, sam potrafię sobie zrobić taniej i więcej. Za siedemnaście złotych zrobię dwa obiady i jedną kolację. Po czwarte, wychodzenie z biura przypominało mi o tym, że kiedyś paliłem podczas tych magicznych podróży. Po piąte, odzyskałem smak i nie jest mi już wszystko jedno, co jem. Jedzenie, które z podgrzewacza, jest tym gorsze, im później przyjdziesz do baru. Jeśli chodzi o jedzenie na dowóz, jest przede wszystkim za drogie i są to posiłki zbyt ciężkie, by jeść je przed ćwiczeniami.

Gotowanie. Co za strata czasu. Gdyby nie to, że muszę jeść, pewnie miałbym już czterdzieści lat i byłbym prezydentem. Kiedy dowiedziałem się, czym jest Soylent, pomyślałem sobie taki dźwięk, którego nie potrafię zapisać – taki oznaczający, że to jest to i ja tego chcę. Poczytałem i okazało się, że to wegańskie. Coraz mniej mi się to podobało, ale drążyłem temat. Wynalazcą Soylentu jest niejaki Rob Rhinehart, programista. Wpiszcie sobie jego nazwisko w Google i przejdźcie do widoku grafik. W moim przypadku zakończyło to rozważania na temat słuszności tego wynalazku. Powtarzaj tę czynność za każdym razem, gdy przyjdzie ci do głowy myśl, że Soylent może być właśnie dla ciebie.

Mój dowód na to, że życie jest dobre – enchilada z wołowiną i papryczkami jalapeño z mojej ulubionej knajpy serwującej różne rodzaje naleśników. Opowiem ci pewną historię. Raz zdarzyło mi się zamówić do biura naleśniki dla siebie i swoich współpracowników. Któryś zaczął narzekać, że naleśniki to tak nie bardzo, bo gdyby była pizza, to on by mógł jedną ręką programować, a drugą trzymać kawałek. Ktoś zapytał, co by zrobił, gdyby miał trzecią rękę. Ja mu natomiast zaproponowałem, aby zaczął się leczyć jeszcze dziś i zadzwoniłem po naleśniki. To było bardzo śmieszne, kiedy kilka minut później jadł trójkątną kanapkę kupioną w Żabce.

Zurück

Dotarła do mnie informacja, że Ukraińcy zatrudnieni w pewnym zakładzie drobiarskim dostają za darmo mieszkania i jedzenie, a Polacy nic. Pewnie bym się oburzył, gdyby nie to, że dwa lata temu przepracowałem wakacje w tej firmie. Wiem, że Ukraińcy zarabiają siedem złotych za godzinę, pracują po dwanaście godzin dziennie i nie mają wolnych sobót. W czteropokojowym mieszkaniu kwateruje się około siedmiu osób. Opłaca je nie przysłowiowy polski rząd, a agencja, w której zatrudnieni są ukraińscy pracownicy. Jeśli chodzi o obiady, dostaje je każdy, kto pracuje w tej firmie. Składają się z ciepłej zupy, chleba, zimnych produktów firmowych i letniej, przesłodzonej herbaty. Jeśli ktoś miał ochotę, mógł przyjść do stołówki na śniadanie i kolację. Chyba więcej nie uwierzę w doniesienia o tym, że Ukraińcy są przyjmowani w polskich szpitalach poza kolejnością.

Ta rewelacja nosiła znamiona prawdopodobieństwa i gdybym tam nie pracował, mógłbym się nabrać, bo nawet nie starałbym się tego zweryfikować. Mam w zwyczaju sprawdzać wszystkie szokujące doniesienia. Okazuje się, iż większość z nich pochodzi ze stron ze śmiesznymi obrazkami. Czasem zdarza się, że na ich podstawie ktoś napisał artykuł, ale oczywiście nie podawał źródła. To irytujące jak piesi idący ścieżką rowerową, gdy nie masz dzwonka ani prawa do bezkarnego pobicia człowieka.

Kiedyś usłyszałem od swojej babci, że pewien ksiądz, co okazał się być gejem, dostaje dotacje z Unii Europejskiej i z tego żyje. Zapytałem się, że ale jak to, że niby za co? Odpowiedziała, że właśnie za to, że jest gejem, bo Unia wspiera takie dewiacje. Drodzy przeciwnicy Unii Europejskiej, macie kolejnego asa w rękawie.

Matko i córko. Nie wiem z czego wynika ta łatwowierność. Z chęci użalania się nad sobą? Być może to próba obarczenia winą za swoje niepowodzenia obcych sił. Bo jak w tym kraju ma być dobrze, kiedy biały, heteroseksualny mężczyzna nie ma już żadnych praw, bo zabrali mu je arabscy Murzyni żydowskiego pochodzenia oraz homoseksualne, transseksualne feministki. O jakie prawa chodzi, nikt nie potrafi powiedzieć, ale nie można pozwolić na zniszczenie tradycyjnej polskiej rodziny. A może po prostu ludzie lubią myśleć, że tylko oni są mądrzy, a wszyscy inni – głupi? Być może świadomość, że ktoś gdzieś podjął absurdalną decyzję, jest przyjemna? Można się zapytać po raz setny o to, dokąd ten świat zmierza. Najlepiej kogoś, kto na pewno powie, że ku zagładzie.

Aktor nr 1: Porozmawiajmy.
Aktor nr 2: O czym mam z tobą rozmawiać, śmieciu?
A1: Uwielbiam rozmowy o pogodzie. Są takie bezpieczne, nawet gdy przeprowadza się je z ludźmi niezrównoważonymi psychicznie.
A2: Tak? Ciekaw jestem, co mi masz do powiedzenia na temat dzisiejszej aury?
A1: Uważam, że mamy dziś fantastyczną pogodę.
A2: A mi się tak średnio podoba. I szczerze wpienia mnie to, że masz inne zdanie.
A1: Dlaczego? Nie lubisz, jak świeci słońce?
A2: To akurat jest w porządku. Nie odpowiada mi temperatura. Jest co najmniej o dwa stopnie Celsjusza za niska.
A1: Jutro ma być tak, jak pragniesz. W pogodzie dziś tak mówili.
A2: Tak? A gdzie oglądałeś?
A1: No, na Jedynce.
A2: Tam kłamią! Na Dwójce mówili, że będzie o jeden mniej!
A1: Ty chyba durny! To na Dwójce kłamią i jeszcze papieża obrażają!
A2: Nie pozwolę tak bezkarnie obrażać swojej ulubionej telewizji! A masz!

Aktor nr 2 atakuje Aktora nr 1 lewym prostym między oczy. Aktor nr 1 robi zakrok na prawą stronę, unikając w ten sposób ciosu. Kontruje prawym prostym, potem lewym prostym z dostawieniem nogi prawej. Zamyka prawym i lewym z krawędziowaniem. Głowa Aktora nr 2 leci na parkiet i rozbija się. Z jego czaszki wylewa się mózg. Na miejsce zdarzenia przybiega trzech Afropolaków z mopami i wiadrami. Wycierają z podłogi powiększającą się czerwoną kałużę.

A2: Ty mnie sprowokowałeś…

Aktor nr 2 wymiotuje krwią. Afropolacy rzucają mopami o podłogę, padają na kolana i wyciągają ręce w górę, patrząc na sufit i przeklinając po arabsku. Aktor nr 1 odwraca się do publiczności. Mówi w taki sposób, jak Bogusław Wołoszański o czołgach w ,,Sensacjach XX wieku”.

A1: Jeśli do wyprodukowania kurtki nie zabito żadnego zwierzęcia, jest ona nieważna. Kurtka wypchana pierzem ujdzie. Nikt nie skubie żywych ptaków, więc złożona z nich ofiara sprawia, że noszący nie traci tak wiele ciepła. Prawdziwie magiczne kurtki są jednak zrobione ze skóry dużych zwierząt. Mnie chronią owca i świnia. Ktoś mógłby zapytać o to, co bym powiedział, gdyby ktoś ze mnie uszył sobie kurtkę. Mógłby jeszcze dodać, że na przykład nie je kurczaka, a też nie wierzy w Boga. Chyba bym nie wiedział, jak na to odpowiedzieć, nie mieszając w to setki innych problemów współczesnego świata. Też chciałbym myśleć, że jestem dobrym człowiekiem, bo nie wydaję rozkazów bombardowania miast na Bliskim Wschodzie. Czasem krzyczę na ludzi bez powodu, a potem jest mi głupio.

Klakierzy klaszczą. Aktor nr 1 odwraca się do Aktora nr 2, którego poziom życia spadł do siedemnastu punktów na sto.

A1: Mój plan zadziałał perfekcyjnie. Dałeś się sprowokować przez głupią rozmową o pogodzie, a ja cię pokonałem w uczciwej walce. Uszyję z ciebie kurtkę. Zastanawiam się, na jaki kolor ją przemalować.

A2: Błagam, tylko nie na czarny…

Aktor nr 2 umiera.

Wywiad z Najwyższym Kapłanem Kościoła Wytrzymałości, Mt III

Rutyna gryzie twardo i ambicje są niskie? Życie nie chce powiedzieć niczego miłego, nie słucha próśb i pędzi, nie dając odpocząć? Istnieje proste rozwiązanie problemu twojego problemu! Wszystkich Świętych może być twoim świętem już od dziś! Nie czekaj i zaskocz swoich bliskich!

Redaktor: W ostatnim wywiadzie dla „Skandalu” mówił pan, że nieustannie czuje czyjąś obecność – tak, jakby ktoś pana obserwował. Wspominał też pan, że nigdy nie widział oczu tej istoty. Czy to przytłaczające?
Mt III: Wielu myśli, że kiedy myślę o tym, co wydarzy się w ciągu kilku najbliższych sekund, widzę mrok i słyszę straszną muzyczkę. To prawda, ale nie wolno zapominać o paszczy bestii kłapiącej w oddali. Ona chce połknąć całą planetę.
R: To straszne. Moja żona, Helena, często tak mówi. Lubię, kiedy to robi, niezależnie od tego, co jest takie straszne.
M: Co to za pytanie?
R: Co to za odpowiedź?
(chwila krępującej ciszy, intensywność intensywnieje)
R: Wydaje mi się, że utknęliśmy w martwym punkcie. Zostało nam niewiele czasu, niebawem wszyscy umrzemy i po naszej rozmowie zostaną tylko zielone literki na czarnym tle. Czy taką wizję przyszłości powinniśmy traktować symbolicznie, czy raczej literalnie?
M: Odpowiadając panu na to pytanie, przytoczę pewną anegdotę. Pewien człowiek miał przyjaciela, widywali się dosyć często, potem trochę rzadziej, kiedy ten przyjaciel poznał pewną dziewczynę. Tak się złożyło, że ten drugi umarł. Z jakiegoś powodu ten pierwszy się na niego za to obraził i, aby wyrazić swoje niezadowolenie, zaczął go odwiedzać wyłącznie na cmentarzu.
R: To wyjątkowo pasywno-agresywne zachowanie.
M: Bez wątpienia, ale na jego usprawiedliwienie warto dodać, że był w trakcie przemiany charakterologicznej. Pracował już więcej niż rok. Zrozumiał, że pot i mocz są bardzo podobne w zapachu, więc zaczął brać prysznic po treningach – nie bał się już pokazywać nago. To niezwykle odważne z jego strony, gdyż środowisko bokserskie potrafi być wyjątkowo nieprzyjazne dla początkujących. Nie dość, że jego członkowie potrafią wyśmiewać wielkość narządów rozrodczych nowo przyjętych klubowiczów, czasem dokonują aktu ostatecznego upokorzenia poprzez wykorzystanie seksualne. Ale wróćmy do tematu. Jak zareagował zmarły przyjaciel na ten akt oporu? Początkowo nijak. Należał do tego rodzaju ludzi, którzy kiedy pluło im się w twarz, mówili, że pada.
R: Co przelało czarę goryczy?
M: Znicz. Ten żywy dość szybko się zorientował, że jego protest nie przynosi zamierzonego efektu, więc któregoś razu przyniósł znicz o połowę mniejszy niż zwykle. Palił się tylko 16 godzin!
R: To musiało zaboleć.
M: Dokładnie tak. Koledzy pobili się, ktoś to zobaczył i wezwał policję. Kiedy radiowóz dotarł na cmentarz, było już za późno. Nie zostało nic, co miałoby jakikolwiek sens. Ktoś mógłby zapytać, jaki morał wynika z tej historii. Nie ma go. To samo dotyczy sensu pytania o sposób, w jaki powinniśmy rozumieć wizje.
R: Jak może pan żyć, będąc tak martwym w środku?
M: Niech pan nie będzie śmieszny, panie redaktorze. Na oglądanie napisów końcowych zawsze jest czas. Nie zamieniłbym na nie tych chwil, kiedy jadę samochodem, paląc papierosa i słuchając doom metalu, wzdłuż Via Appia, gdzie krzyżuje się przeciwników politycznych na tle czerwonego nieba.
R: Podobno rzucił pan palenie? Czyżby to był koniec abstynencji?
M: Skądże, po prostu mam niezwykle plastyczną wyobraźnię. Wystarczy mi pamięć o tym, co chciałem osiągnąć, nie muszę przecież mordować ludzi, by poczuć tę satysfakcję. Kiedy na podłogę wyleje się pięć litrów krwi i jeszcze trochę innych płynów, okazuje się, że aby wytrzeć ją mopem, wiadro trzeba wylać więcej niż raz. To zbyt pracochłonne.
R: Przypomina mi to casus wody butelkowanej. To najprawdopodobniej największe oszustwo od czasów pomyłki dietetyków w sprawie szkodliwości tłuszczów. Ludzie kupują butelkowaną wodę, podczas gdy mają w kranach wodę równie dobrą i o wiele tańszą.
M: Nie widzę związku.
R: To w pewnym sensie eksperyment. Możemy odwrócić uwagę bestii, reagując na wydarzenia z nią związane w sposób nieprzewidywalny. Po pewnym czasie bestia powinna znudzić się poszukiwaniem związku przyczynowo-skutkowego i przepaść w czerni.
M: Nie sądzę, by mogłoby to nam pomóc w jakikolwiek sposób. Ona żywi się strachem, absurd jest jego objawem aż nazbyt oczywistym. Poza tym ona jest nienasycona, mówili o tym w radiu. Nawet w ostatnim momencie istnienia ludzkości, gdy wszyscy bez wyjątku zaczną robić dostawienie po wykroku nie dlatego, iż pomyśleli, że dobrze byłoby tak zrobić – nie, po prostu zadziała pamięć ciała. Nawet wtedy, gdy pole widzenia będzie obejmowało jedynie i z wielkim trudem końce nosów, właśnie wtedy, gdy sznur stanie się symbolem niczym nieuzasadnionego optymizmu, bestia znajdzie sposób, by przerazić nas jeszcze bardziej.
R: Ultima pregunta. Wollen Sie die Füße und die Fäuste in Flammen sehen?
M: Nein, danke.
R: Vielen Dank für das Gespräch.