Przenosiny

Dostałem maila z informacją, że blog.pl 31 stycznia 2018 roku kończy działalność. W związku z tym niezwłocznie przeniosłem wszystkie wpisy na nowego bloga, którego możecie znaleźć pod adresem:


https://polskigotyk.wordpress.com/

nawet nie można tu porządnie linka wstawić, bo na stronie to dziwnie się wyświetla

Od tej pory nowe wpisy będą pojawiać się wyłącznie tam.

Dlaczego już nie „40 gramów tytoniu”? Kiedy zakładałem tego bloga, chciałem, by kolejne wpisy rozwijały myśli poprzednich, a przedstawiane wydarzenia miały porządek chronologiczny. Chciałem zrobić coś na kształt serialu, stąd numeracja wpisów i podział na sezony. Wiedziałem, że prędzej czy później nastąpi moment, w którym wyczerpie się potencjał pomysłu. W pierwszym sezonie udało mi się zachować spójność, bo pomysł był jeszcze świeży. Jego zakończenie było jednak tak rozbuchane, że nawet nie próbowałem udźwignąć ciężaru tego kiczu w drugim i zacząłem pisać od nowa, nie dbając o jakiekolwiek powiązania między wpisami. W trzecim, moim ulubionym sezonie, całkiem nieźle opowiedziałem taką historię, na jaką pozwalało mi moje skromne doświadczenie życiowe. Najprawdopodobniej na tym zakończyłbym zabawę w serial, gdyby nie wydarzenie, które napisało za mnie sezon czwarty. Na tym powinienem zaprzestać jakichkolwiek prób utrzymania spójności. Dzięki temu może publikowałbym i pisał częściej. Spróbuję pod nowym szyldem, i tak mnie nikt nie śledzi.

Dla blog.pl dziękuję za możliwość bezkarnego publikowania grafomańskich notek przez trzy i pół roku. Byliście fajni.

Kółka wzajemnej adoracji

Mój ulubiony edytor tekstowy, w którym przygotowywałem teksty na tego bloga, po kolejnej aktualizacji Windowsa postanowił zacząć się wywalać od razu po każdym uruchomieniu. Ciekawemu świata czytelnikowi powinno nasunąć się teraz na myśl pytanie – co to za program, że nazywam go swoim ulubionym?

Program nazywa się DarkRoom i jest to pełnoekranowy edytor tekstu. Skromny interfejs użytkownika domyślnie jest ukryty, dzięki czemu można w pełni się skupić na wypisywaniu jaskrawych liter na ciemnym tle. Kiedy okazało się, że ten program już nie działa, z bólem serca zacząłem poszukiwać czegoś innego. Po wpisaniu frazy „distraction-free text editor” znalazłem mnóstwo podobnych (tak jakby te programy mogły się w znaczący sposób między sobą różnić) programów. W tej chwili testuję Q10. W porównaniu do poprzednika jest na pewno bardziej rozbudowany, ale i tak wszystkie zbędne przez 98% czasu pracy bajery zostały ukryte i da się je wyświetlić wyłącznie po użyciu odpowiedniego skrótu klawiszowego. Po kilku minutach pracy z tym programem z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że spełnia on moje oczekiwania. Umarł król, niech żyje król.

Jedna sprawa. Kto potrzebuje dźwięków stukania w maszynę do pisania po wciśnięciu klawisza? Rozumiem, że tak było w najpopularniejszej aplikacji tego typu, wiem, że program sam w sobie jest hipsterski, mam świadomość, że mogę to wyłączyć, ale… strasznie to kiczowate. Ludzie, którym to się podoba, pewnie marzą o zamieszkaniu w domu wybudowanym w taki sposób, by przypominał średniowieczny zamek.

W czasie studiów miałem znajomego, który czasem zadziwiał mnie swoimi nieszkodliwymi dziwactwami w rodzaju zakupu elektronicznego papierosa pomimo tego, że nigdy nie palił. Kiedyś dołączył do grupy na Facebooku założonej przez poprzedni rok pomimo tego, że nie uwalił żadnego przedmiotu. Kiedy dowiedziałem się, z jakiego powodu, opadły mi ręce. Lubi czytać.

- To książki sobie poczytaj, durniu! – powiedział mu inny znajomy ze studiów, w zwyczajnym dla siebie stylu, który sobie całkiem niedawno przywłaszczyłem i zacząłem używać w rozmowie z kolegami z pracy. Sam już nie wiem, czy ironicznie, czy na serio. Wiecie, ja i ludzie nie darzymy się sympatią,

- Na książkach nie mogę się skupić – odpowiedział mu z pełną powagą.

Mój mózg wyleciał wtedy w powietrze. Błyskotliwość była jedną z ostatnich cech, jakimi opisał swojego znajomego. Często rzucał jakimiś żartami, które nikogo nie śmieszyły. Nie dlatego, że wymagały znajomości niszowego kontekstu i były efektem nieoczywistych skojarzeń. Wręcz przeciwnie, jego żarty opierały się na najbardziej banalnych skojarzeniach, zbyt oczywistych, by wywołać zaskoczenie. Tych nieudanych żartów nie dało się nazwać nawet sucharami – to były po prostu nieudane żarty, do których trzeba się zaśmiać, żeby ktokolwiek zrozumiał, że próbuje się zażartować, a nie jest się niedorozwiniętym. Głupim kolegi nigdy bym nie nazwał, wręcz przeciwnie. Naprawdę rzadko miał problemy z zaliczeniem czegoś, poza tym nie raz i nie dwa wykonywał „pracę zespołową” za mnie i kilku innych ludzi, z którymi trzymałem przez całe studia. Rozumiał między innymi mikrokontrolery – coś, czego nigdy nie potrafiłem ogarnąć na studiach, a dziś przyszłoby mi pewnie z ogromnym trudem. Nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś, kto pod wieloma względami jest ode mnie sprawniejszy intelektualnie, nie potrafi skupić się na książce. Było w tym sporo hipokryzji, gdyż już wtedy czytałem znacznie mniej niż kiedyś. Czas poświęcany dawniej na lekturę przeznaczałem na filmy, seriale, a potem także na filmy na YouTube, których zdecydowana większość jest równie rozwijająca, co patrzenie w ścianę. Potem przyszedł czas na pracę i przestałem mieć jakiekolwiek wątpliwości – czytam zdecydowanie za mało jak na osobę, która czasem pisze. Co najśmieszniejsze, miałem dokładnie ten sam problem, co mój dziwaczny znajomy.

Odkąd mam czytnik, zdecydowaną większość książek przeczytałem w wersji elektronicznej. Problem dostępności w przypadku publikacji cyfrowych właściwie nie występuje. Interesującą mnie pozycję mogę znaleźć w kilka sekund. Odnoszę jednak wrażenie, iż w takim czytaniu umyka coś, co sprawiało, że na dłużej zapamiętywałem przeczytaną książkę. Nie chodzi tu o wąchanie papieru i przewracanie kartek – bądźmy poważni. Większą rolę przypisywałbym temu, że po fizyczną książkę muszę pójść do księgarni, wypożyczyć w bibliotece albo od kogoś dostać. Jeśli się za coś płaci albo przynajmniej się po to idzie, bardziej się to docenia. Pożyczając książkę od kogoś, też zazwyczaj liczy się z tym, że ten ktoś potem zapyta, czy się podobała. Na elektroniczny czytnik można pobrać więcej książek niż zmieści się w jakimkolwiek mieszkaniu. Bez żadnego wysiłku, a jeśli nie dbasz o legalność, możesz mieć wszystko za darmo. Podobnie było z grami – w promocjach są tak tanie, że ludzie często nawet nie mają czasu na wszystkie tytuły zakupione w szale wyrzucania pieniędzy z portfela.

Coraz rzadziej potrafiłem skupić się na książce. Nawet jeśli udało mi się wciągnąć w fabułę, potrafiłem na przykład po tygodniu zapomnieć, że coś czytałem przed snem. Przypominałem sobie o tym po miesiącu i jeszcze nigdy nie zdarzyło się, bym potrafił przypomnieć sobie wszystkie wątki po rozpoczęciu lektury od środka. Po tak krótkim czasie pamiętałem jednak na tyle dużo, że nie chciało mi się zaczynać książki od nowa. Zabierałem się więc za inną książkę, której też mogłem nie skończyć. Czytam nieporównywalnie więcej niż statystyczny Polak, ale po pierwsze – żadne to osiągnięcie (mój ojciec z całą pewnością czyta więcej ode mnie, Szatanie, co za wstyd), a po drugie – rzadko pamiętam ich treść. Pierwszy raz postanawiam coś z okazji zbliżającego się Nowego Roku – będę czytał i zapamiętywał jak dziki.

Niedawno powróciłem do słuchania audiobooków. Kiedyś byłem strasznie uprzedzony do tej formy zapoznawania się z książkami. Myślałem, że czytanie książek bardziej pobudza umysł niż ich słuchanie. Tak naprawdę treść papierowej książki i audiobooka pozostaje ta sama, w obu znajdzie się dokładnie to samo słowo pisane. Wydawało mi się, że to straszna strata czasu słuchać jakiejś książki przez kilkanaście godzin, zamiast przeczytać ją samodzielnie w kilka. Tymczasem okazuje się, że te kilkanaście godzin bardzo łatwo znaleźć można podczas zakupów, dojeżdżania do pracy, sprzątania mieszkania i gotowania. Nie trzeba poświęcać całej swojej uwagi jak w przypadku tekstu, ale słuchania książek w pracy jakoś sobie nie wyobrażam. Najprawdopodobniej nie wychodziłoby mi dobrze ani programowanie, ani słuchanie książki.

Z audiobookami jest ten problem, że to, czy będzie się go dobrze słuchało, czy nie, zależy w dużej mierze od lektora. Pierwszą książką, z jaką zapoznałem się w formie audiobooka, była „Dżuma” Camusa. Lektor czytał tę powieść tak beznamiętnie, że postanowiłem zwiększyć prędkość o półtorej. Audiobooki, jakie można teraz znaleźć, to inna bajka. Coraz częściej zaprasza się do współpracy znanych aktorów, którzy zazwyczaj sprawdzają się znakomicie. Maciej Stuhr czytający „Króla” Twardocha umiejętnie udaje różne głosy i oddaje emocje bohaterów. Napięcie, jakie potrafi stworzyć ten aktor, sprawiło nie raz i nie dwa, że przestawałem myć naczynia albo zaczynałem iść przez miasto wyjątkowo nieuważnie – tak jakbym w rzeczywistym świecie był tylko jedną nogą. Realizacja audiobooka jako słuchowiska to sposób na wyniesienie książki na zupełnie inny poziom. Jeśli ktoś narzeka, że w ekranizacji „Ojca chrzestnego” albo „Gry o tron” pominięto jakieś wątki albo poświęcono na nie zbyt mało uwagi, powinien zapoznać się z audiobookami przygotowanymi we współpracy z kilkudziesięcioma aktorami. Wierniej się nie da.

Tak polubiłem Twardocha i Stuhra, że postanowiłem przesłuchać „Morfinę”, jestem w trakcie. Główny bohater już na początku powieści kilkukrotnie odurza się tytułowym narkotykiem i w malowniczy sposób opisuje jego działanie. Słuchanie tej książki jest doświadczeniem wręcz psychodelicznym. Dzisiejszej nocy przyśniło mi się, że pewien znajomy, który kojarzy mi się głównie z tym, że krytykuje białko pewnej firmy, znienacka wbił we mnie strzykawkę i uciekł. Poczułem się, jakbym wziął dużo leków przeciwbólowych na receptę. Całkowicie na spokojnie zacząłem zastanawiać się, czy powinienem go za to zmasakrować – w końcu nafaszerował mnie bez mojej zgody jakimś świństwem, które sprawi, że już nigdy nie będę mógł zacząć pracować dla policji. Z drugiej strony czułem się po tym świństwie wyjątkowo błogo.

- Spokojnie – śmieje się znajomy oddalony ode mnie kilka metrów ode mnie – To tylko kreatyna z Napalmem, zero cukru.

Dla takich snów warto czytać książki, po których przeczytaniu człowiek się zastanawia, co brał autor.

Albumy, które zawsze mam pobrane do słuchania w trybie offline

To nie jest ranking moich ulubionych płyt. To po prostu lista albumów, których nigdy nie usuwam z pamięci  podręcznej pewnej aplikacji do słuchania muzyki. Możliwe, że gdybym zrobił równie ambitne zestawienie pod tytułem „Moje ulubione płyty”, znalazłaby się w nim większość pozycji z tej listy. Nie sądzę jednak, by moje przedsięwzięcie było warto przydługiego wstępu. Za chwilę skończę.

Z muzyką jest jak z gustami – nie mam pojęcia, dlaczego niby miałoby się o niej nie dyskutować. Ulubione zespoły to temat jeszcze bardziej drażliwy niż poglądy na temat praw mniejszości seksualnych (w Polsce nazywa się to poglądami politycznymi). Słuchanie muzyki wzbudza emocje, można się utożsamiać z przekazem zawartym w słowach piosenek, ale to tylko sztuka. Rozmawia się przecież o filmach, wartościuje się je, zestawia ze sobą. Nie rozumiem, dlaczego miałoby się nie robić tego samego z muzyką. Doceniam to, że muzyka jest jedną z nielicznych pasji, na którą nie trzeba poświęcać wolnego czasu, ale lubię czasem o niej posłuchać, poczytać i porozmawiać. Podobno im więcej można opowiedzieć o winie, tym lepszy smak ono ma.

Depeche Mode „Violator” (1990)

Mimo tego, że uwielbiam Depeche Mode, nie słucham muzyki tego zespołu całymi albumami. Najczęściej nie podobają mi się utwory z Gore’m na wokalu. Zbyt często odnoszę wrażenie, że nagranie ich miało na celu zapełnienie nośnika do poziomu wystarczającego do uznania płyty za długogrającą. „Violator” jest wyjątkiem – na tym albumie nie ma numeru, który nazwałbym słabym. Założę się z każdym o cokolwiek, że słyszał większość utworów z tej płyty w radiu. Może nie będzie znał tytułu piosenki albo nawet nazwy zespołu, ale to nieistotne. Każdy ma gdzieś w głowie mniejszy lub większy fragment tej płyty i usłyszenie go po raz kolejny po prostu musi wywołać nostalgię.

Uważam, że muzyka na tej płycie to złoty środek między komercyjnym i artystycznem sukcesem oraz kamień milowy w historii muzyki rozrywkowej.

The Sisters Of Mercy „First And Last And Always” (1984)

Marzę o tym, żeby przyśniło mi się kiedyś, jak ten album powinien brzmieć naprawdę. To skandal, żeby tak wspaniałe utwory zostały nagrane w tak partacki sposób, że żaden remastering już nie pomoże. Chociaż kto wie – może to przez to dziwne brzmienie nikt nie zauważył, że to rock and roll, a nie żaden rock gotycki.

Jedyne, co mogę zarzucić albumowi (poza kompletnie skaszanionym brzmieniem), to fakt, że dwa ostatnie utwory kończą się w dokładnie ten sam, rozhisteryzowany sposób. Jeśli ze wszystkich albumów z tej listy miałbym wybrać jeden, do którego przesłuchania miałbym was zmusić, byłaby to właśnie ta płyta. Niemal każdy utwór z tej płyty mógłby być singlem. „Amphetamine Logic” przez całe życie wieczne będzie królowało w dyskotekach mojego sennego piekła.

Katatonia „Great Cold Distance” (2006)

Jestem absolutnie pewien, że nie jest to mój ulubiony album Katatonii. Materiał zawarty na płycie zapowiada zmianę stylistyki, która objawiła się w pełni na „Night is the New Day”. Ciągle jest to depresyjny rock podobny do utworów z poprzednich albumów, jednak z elementami rocka progresywnego. Przykładowo – gitary w „Leaders” mocno kojarzą się z Tool. Nie jestem wielkim fanem kierunku, w jakim Szwedzi poszli na ostatnich albumach, ale podziwiam konsekwencję. Mimo tego, że poszczególne albumy mocno się od siebie różnią, to przesłuchując dyskografię chronologicznie, nie uświadczy się gwałtownych zmian stylistycznych.

Zanim ten album zaczął podobać mi się jako całość, musiałem przesłuchać go wiele razy. Odrzucała mnie pozorna jednorodność tego albumu, nietypowa dla Jonasa Renkse oszczędność w okazywaniu emocji. Były jednak kawałki takie kawałki jak „Journey Through Pressure” – które wpadły w ucho i rozerwały duszę na strzępy. Właśnie dla nich trzymam w telefonie cały album.

Paradise Lost „Draconian Times” (1995)

Paradise Lost to muzyczny kameleon. W ich przypadku nie ma mowy o jakiejkolwiek płynności i unikaniu stylistycznych wolt. Paradise Lost ma płyty, które przypominają dokonania The Sisters Of Mercy, Depeche Mode i dowolny zespół numetalowy.  Bywają też płyty, na zespół których jest po prostu sobą, ale akurat na tym albumie postanowił poudawać trochę Metallikę. Przesłuchałem go niezliczoną ilość razy. Wiele razy zasypiałem przy niej na trzeźwo i po pijaku (kiedy nie szanowałem jeszcze samochodu zwanego ciałem). Jest to idealna płyta do poużalania się nad sobą, ale nie na tyle, by się zabić.

Lifelover „Sjukdom” (2011)

Dla tych, którym życie kompletnie obrzydło, polecam ten album. Muzyka na nim zawarta brzmi jak punk rock nagrywany przez ludzi z nieuleczalną depresją. Wokale mogą kojarzyć się z black metalem, ale nie dajcie się oszukać. Bardziej blackmetalowe są Świetliki.

Czasem żałuję, że nie urodziłem się Szwedem. Mieszkałbym w normalnym kraju i rozumiałbym bez góglania, o czym są piosenki na tej płycie. Pewnie byłbym też nieco bielszy. Czy wspominałem mniej niż sto razy, że podobają mi się biali ludzie?

Po raz pierwszy w życiu czuję, iż muszę wykorzystać fakt, że urodziłem się facetem. Bardzo przyjemnie jest cieszyć się rzeczami i nie być martwym w środku, z drugiej strony ta świadomość wynika z jakiegoś dawno nieodczuwanego dyskomfortu, silniejszego od chęci zapalenia. Przestaję mieścić się w skórze.

Miało być o płycie, ale dobrze się pisało te zdania przy muzyce z albumu, który miałem opisać w tym podrozdziale.

Koszty utrzymania ciała II

Przez półtora roku tak przyzwyczaiłem się do swojego klubu bokserskiego, że trudno wyobrazić mi zmianę na inny. Ten klub stanowi w moim życiu odpowiednik kościoła – czuję coś w rodzaju poczucia wspólnoty z ludźmi, którzy do niego przychodzą. Przez te półtora roku przez klub przewinęło się niemało osób, ale sporo ludzi zostaje w nim na dobre albo było w nim na długo przede mną i nigdzie się nie wybiera. Nikt nie jest tu anonimowy, dlatego też można bezpiecznie zostawić portfel w szatni, czego nie byłbym taki pewien w jakiejkolwiek siłowni.

Nowi ludzi rozśmieszają mnie czasem swoim zapałem do sparingów. Z szacunku dla swojego ciała nie brałem udziału w żadnym i nie zamierzam. Posłuchajcie wypowiedzi bokserów po czterdziestce. Pomyślcie o tym, że bokserzy nie są wiarygodnymi świadkami dla sądów, a w Norwegii zabrania się organizowania gal bokserskich. Potem zastanówcie się czy warto pozwalać bić się komukolwiek w głowę. Boks jest dla mnie wyłącznie sposobem na trening ogólnorozwojowy. Potencjalna przydatność sztuk walki w życiu i możliwość bezkarnego wyładowania się na workach motywuje do regularnego uczęszczania na zajęcia.

Najmniej trwałym materiałem na niedzielnych bokserów są studenci. Studentów można rozpoznać po tym, że gadają o wykładach, kolokwiach i o tym, jakiego mają kaca. Cuchnie od nich zupkami chińskimi – na litość białych bogów, pójdźcie do jakiegoś baru i kupcie sobie normalny obiad. O wiele bardziej się najecie, a w ogólnym rozrachunku wydacie mniej. Wzdrygam się na myśl, że też kiedyś taki byłem. Rzygać mi się chce, jak patrzę na swoje zdjęcie z dyplomu. Kiedy zacząłem chodzić na boks, zacząłem bardziej się cenić.

Rzuciłem fajki, krótko potem całkowicie zrezygnowałem z alkoholu. Zacząłem samodzielnie przygotowywać posiłki albo przynajmniej jeść obiady w restauracji. Do pracy jeżdzę rowerem, ćwiczę trzy razy w tygodniu, z czego przynajmniej dwa na zajęciach z boksu. Czuję się zdrowszy, silniejszy i przystojniejszy niż kiedykolwiek w życiu. To bardzo przyjemne uczucie.

Nie mam pojęcia, jakim cudem w dobie internetu uchował się mit, że wystarczy dieta, ciężkie treningi i produkty ze sklepu z odżywkami, by wyglądać jak kulturysta. Nie chciałbym zniechęcać ludzi, którzy ćwiczą, żeby mieć taką sylwetkę, ale takie nienaturalne ciało można uzyskać tylko poprzez manipulowanie gospodarką hormonalną. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego zawodowi sportowcy albo aktorzy stosują sterydy. Nie jestem jednak pewien, czym właściwie kierują się amatorzy siłowni, którzy bawią się swoim zdrowiem. Czy chcą zwiększyć swoje powodzenie płci przeciwnej, czy po prostu chcą bardziej podobać się sobie? Może gdybym to rozumiał, sam potrzebowałbym ciała niemal doszczętnie pozbawionego tkanki tłuszczowej.

Odkryłem, że od czasu do czasu jednak warto policzyć, ile makroelementów uzyska się ze zjedzonego pokarmu. Jeśli waży się w porywach siedemdziesiąt kilogramów, niezwykle łatwo przeholować z białkiem. Zamiast pić szejka, można zjeść serek wiejski. Ale całkiem możliwe, że to wieśniackie.

Obrzygany globus

Nie powinienem spędzać z wami tyle czasu. Powinniśmy widywać się mniej więcej raz na miesiąc, może nawet rzadziej – na przykład z okazji jakiegoś święta ku chwale plastikowego boga, który tak nas poróżnił ostatniej Wielkanocy. Już do was nie należę.

Zabieracie mój czas, życie, które nauczyłem się jako tako szanować. Zatruwacie mój umysł swoją obecnością. Zabieracie miejsce, które już dawno temu powinienem przeznaczyć dla kogoś innego. Coraz mniej dobrego wnosicie do mojego życia. Ostatnio dostaję od was tylko wyrzuty sumienia, strach przed zmianami i brak wiary w swoje możliwości. Nie wiem, czemu się jeszcze czasem obawiam chwili, w której was stracę. Co jak co, ale przecież sobie bez was poradzę. Próbujecie – o jak próbujecie – pokazać, że możecie i potraficie, że z wami łatwiej.

Zdarzało mi się brać udział w kilku rozmowach, w których druga strona zaczynała licytować się ze mną o to, czyi protoplaści są gorsi. Chyba tylko raz nie wydało mi się to żenujące, przesadzone i pozbawione szacunku. Teraz zastanawiam się, co mnie powstrzymuje od użycia miliona wulgaryzmów.

Dziś znowu jesteście tylko moim wielkim zmartwieniem, ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję.

Człowiek pogryzł psa

Od czasu do czasu wpisuję w wyszukiwarkę frazę „most disturbing movies” w celu znalezienia filmu do obejrzenia sobotni wieczór. W ten sposób poznałem najdziwniejsze obrazy, które podczas oglądania wzbudzają tyle sprzecznych emocji, że trudno o nich zapomnieć. Filmy, które pojawiają się w zestawieniach pod tytułami zawierającymi wpisywane przeze mnie słowa, można podzielić na dwa rodzaje. Pierwszy rodzaj to taki, w którym wzbudzanie niepokoju polega na przedstawianiu przemocy w jak najbardziej dosłowny sposób (np. Srpski Film). W filmach drugiego rodzaju niepokój wzbudza przede wszystkim odrealnienie przedstawianych sytuacji (filmy Davida Lyncha). Produkcja, którą zamierzam omówić, „Człowiek pogryzł psa”, należy do obu jednocześnie.

„Człowiek pogryzł psa” to paradokument o mordercy, który zabija przypadkowych ludzi, głównie po to by okraść ich z pieniędzy. Członkowie ekipy nagrywającej film uwieczniają jego poczynania, a z czasem stają się autorami pomysłów na kolejne zbrodnie i ich współwinnymi.

Nagrania zostały wykonane z ręki, przez co obraz się często trzęsie albo jest dziwnie wykadrowany. Czasem brakuje dźwięku albo jest on źle zmontowany z obrazem. Całość jest w czerni i bieli. Wszystko to miało najprawdopodobniej spotęgować chory nastrój dzieła, ale sprawia przede wszystkim, że wyjątkowo nieprzyjemnie się ten film ogląda.

Do pewnego momentu da się ten film oglądać jako czarną komedię. Śmieszyć może nieudolność poczynań głównego bohatera i jego żenujące, suche żarty. Natłok przemocy sprawia, że trudno o skupienie się na filmie do tego stopnia, by pozwolić mu się pochłonąć, i zaczyna ona wręcz nudzić. To kiedy obraz przestaje śmieszyć, zależy od widza. Dla jednych może to być moment, w którym główny bohater straszy staruszkę tak, że dostaje ona ataku serca, dzięki czemu „oszczędza kulę”, dla innych może być to scena, w którym dusi dziecko poduszkę. Mimo tego, że uwielbiam czarny humor, w połowie filmu zaczęły pojawiać się przerażające sceny, w których nie potrafię odnaleźć komizmu pomimo ich absurdu. Myśl o tym, że potwory takie jak główny bohater żyją gdzieś pomiędzy normalnymi ludźmi – albo drzemią w każdym człowieku! – może odrzeć widza z poczucia bezpieczeństwa.

Nie polecam tego filmu tym, którzy płakali na „Gladiatorze”. W takich wrażliwcach bestialstwo pokazane w „Człowiek pogryzł psa” może wywołać zbyt wielki szok. Długo żałowałem, że obejrzałem ten film, właśnie z powodu obrazków, jakie wryły się w pamięć. Te obrazki nie są jednak w filmie po to, by tylko zaszokować widza – opowiadają one fabułę i tworzą przesłanie, które nie wybrzmi w ten sam sposób w oderwaniu od całości.

O z y r y s

pornografia

mam 24 lata
za dużo by się przyznać
do połowy rzeczy
które tak naprawdę

rzygać mi się chce
gdy pomyślę
co przyśpiesza bicie mojego serca
pustka zgrzyta moimi zębami
zgroza zgroza

powodzenia w dobieraniu słów
i układaniu ich we właściwej kolejności
nie chce mi się już słuchać
mam 24 lata
powinienem

wobec braku satysfakcji
rozczarowania dniem dzisiejszym
liczenia na coś innego
i takich tam
zupełnie nic

W pewnych kręgach bardzo modna jest ostatnimi czasy tanatokosmetologia. Człowiek, który poddaje się tego typu rozrywkom jest najczęściej zmarły, ale nie oszukujmy się. Nie trzeba wcale umrzeć, by przystrzyc sobie włosy albo wyperfumować się. Mówię o tym, bo w ferworze walki naszej, który wiedziemy z szatanem i światem, zapominamy o wojnie z ciałem. Fakt, dla lepszego efektu konieczne będzie pewne poświęcenie. Mało kto lubi, gdy przy pełnej świadomości wypompowuje się z niego całą krew i wtłacza w żyły ciecz nadającą ciału przyjemniejszy kolor i zapach. Gwarantuję jednak, że poniesione koszty będą współmierne do osiąganych korzyści.

Jeśli czytasz ten tekst, najprawdopodobniej masz metr osiemdziesiąt trzy wzrostu, ważysz czterdzieści pięć kilogramów, a twoi znajomi rozpoznają cię jedynie po samochodzie, którym jeździsz. To błąd. Bogowie również cię nie rozpoznają i będziesz się błąkać pomiędzy światem żywych a umarłych. Możesz nazwać mnie płytkim, ale przeraża mnie twoje założenie, że powinienem traktować poważnie osoby o takim wyglądzie. Najprawdopodobniej straciłeś szacunek do samego siebie. Nie mam pojęcia, jak ci pomóc. Gdybym miał w sobie odrobinę empatii, ta myśl doprowadzałaby mnie do rozpaczy. Gdybym wierzył w jakiegoś boga, modliłbym się do niego jak nienormalny o kilka dodatkowych kilogramów dla ciebie. Życzę ci ich z całego serca.

Cisza moim winem

Rozpakowywanie nowego opakowania stoperów przeciwhałasowych jest dla mnie przeżyciem niemal religijnym. Znajomi, którzy mnie odwiedzają, zawsze się dziwią, gdy zobaczą paczkę leżącą na stoliku obok kanapy będącej także moim łóżkiem. Nie lubię wzbudzać zdziwienia, więc kiedy wiem, że ktoś mnie odwiedzi, to chowam stopery do szafki, żeby leżały razem z dildem.

Cóż, jeśli ktoś jest w stanie zasnąć w ciągu pięciu minut i nie wybudzają się z byle powodu, nie używając przy tym tego typu wynalazków, to szczerze zazdroszczę. Albo mieszkają sami, ewentualnie z ludźmi aktywnymi w podobnych godzinach, albo mają grube ściany i drzwi. W grę wchodzi jeszcze możliwość, że są w pełni zdrowi psychicznie. Nie rozumiem jednak, dlaczego mam czuć się winny z powodu używania stoperów. Nie kupiłbym przecież tych wykonanych ze skóry niemowląt, nawet gdyby było mnie na nie stać.

Jestem szczęśliwym posiadaczem opaski na oczy. Nienawidzę świecących diod i nieudolnych żaluzji przepuszczających czterdziestowatowy księżyc. Nie mam pojęcia, co za kretyn wymyślił, że drzwi od pokojów powinny być przeszklone w taki sposób, by nie było widać, co się dzieje w środku, ale żeby przepuszczały światło. Chciałbym dorwać tego człowieka, przybić go do podłogi i wywlec jego wnętrzności w celu owinięcia żyrandola. Kiedyś radziłem sobie w taki sposób, że naklejałem na drzwi plakat albo przytrzaskiwałem nimi ręcznik. Teraz mam opaskę. Powodzenia w dalszym próbowaniu zabicia mojej duszy sztucznym światłem.

Czemu taką trudność sprawia ci zrozumienie, iż wydawane przez ciebie nieartykułowane dźwięki rozpraszają mnie do tego stopnia, że jestem mniej efektywny? Dlaczego, tępa pindo, uważasz, że powinienem siedzieć w słuchawkach cały dzień i słuchać muzyki nawet wtedy, gdy nie mam na to ochoty? Może to ja powinienem założyć kaganiec na twój głupi pysk? A może ty to robisz celowo i po raz kolejny próbujesz wyprowadzić mnie z równowagi? Fiut opada, gdy słyszę twój głos.

Tak, jestem bucem. Porozmawiaj ze mną przez chwilę, a będziesz mieć pewność, że nie odezwiesz się do mnie więcej bez potrzeby. Pozwól sobie na nutkę braku szacunku w ciężkiej chwili szesnastego dnia tygodnia, a ja ją wychwycę i obrażę się na ciebie na wieki. Nie mam pojęcia, ludzie, czy wy po prostu słyszycie i widzicie mniej niż ja, czy po prostu dojrzeliście do tego, by wybaczać sobie wzajemnie to, że jesteśmy takim gównem.

Przywódcy

W kontekście poniższego tekstu istotny jest fakt, że napisałem go prawie rok temu. Nie jestem pewien, czemu nie zamieściłem go od razu. Jakiekolwiek powody by to nie były, dziś są już nieaktualne.

Powiązany wpis: Wywiad z Najwyższym Kapłanem Kościoła Wytrzymałości, Mt III

Pokaż, jak świetnie zarządzasz czasem. Zaplanuj dzień, w którym będziesz niewyspany, bo sąsiad zza ściany będzie przez całą noc awanturował się z żoną. Uwzględnij w rocznym grafiku kilka chorób o nieznanym stopniu zagrożenia dla zdrowia i losowym czasie trwania. Zapisz śmierć jakiejś osoby, która cię choć trochę obchodzi. Wybierz, jaki sposób pojawiania się tych wydarzeń cię interesuje:
a) w nieprzewidzianych momentach (tak aby zniszczyć pamięć o fragmentach czasoprzestrzeni, w których byłeś szczęśliwy)
b) jedno po drugim, aż do wyczerpania puli nieszczęśliwych wydarzeń (aby stopniowo osłabiać wolę życia)
c) wszystkie naraz (chyba się jeszcze nie zdarzyło, nie wiemy, jak zareagujesz)

Żartowaliśmy. Mieliśmy dużo frajdy z obserwowania, jak tracisz czas na podejmowanie decyzji, które zupełnie zignorujemy.

Przyjmijcie spóźnione przeprosiny od redakcji za zmianę szablonu. Poprzedni został zmieniony na gorsze. Obecny prezentuje się o wiele lepiej, ale tylko wtedy gdy powiększy się widok w przeglądarce do 175%.

Redaktor: Podczas ostatniej rozmowy nie sądziłem, że będzie ona naszą ostatnią w ogóle. Niech pan spoczywa w pokoju. Cześć pana pamięci.
Mt III: Dziękuję. Sam jestem w lekkim szoku. Nie spodziewałem się, że jestem zdolny do czegoś takiego. Przepraszam wszystkich, którym sprawiłem ból swoim odejściem.
R: Co to właściwie znaczy? Czy chce pan powiedzieć, że jego śmierć nie była efektem świadomej decyzji?
M: Na tydzień przed zupełnie nie czułem, bym miał jakąkolwiek kontrolę nad czymkolwiek, co robię. Wziąłem urlop na żądanie, bo nie byłem w stanie podnieść się z łóżka. Znowu paliłem, wieczorami upijałem się do nieprzytomności. Pole mojego widzenia zawężyło się. Kiedy ostatni raz wyszedłem z psem na spacer (powinienem to robić częściej, wybacz), widziałem tylko białą kulę ciągnącą smycz. Spotkałem się z kilkoma przyjaciółmi, ale nie pamiętam o czym z nimi rozmawiałem.
R: Co pan teraz czuje?
M: Przede wszystkim czuję spokój. Może się panu wydawać, że to mało intensywne doznanie. Nic bardziej mylnego. Spokój, który odczuwam, jest tak niczym niezmącony, że nie potrafię przestać się nim wzruszać. Kiedy jeszcze żyłem, denerwowało mnie, że gdy robiłem po pracy zakupy, w sklepie zawsze panował tłok. Wściekałem się, bo ludzie ze zmęczenia poruszali się bezmyślnie, zagradzali przejście wózkami, w których mieli po kostce masła. Stałem w długich kolejkach, przeważnie w takich, gdzie akurat przyjmowano reklamacje na zgniłe ziemniaki. Moje zdrowie psychiczne wiele zyskało, gdy zacząłem robić zakupy na godzinę przed zamknięciem. Zero ludzi. To było jak przedsmak tego, co czuję teraz. Niech pan wyobrazi sobie, że ze świata zniknęło wszystko, co do tej pory irytowało. Czerwone światła pojawiające się tuż przed dotarciem na skrzyżowanie, bezskuteczne próby zjechania z podporządkowanej.
R: Bawi pana układanie zdań, które nigdy nie zostaną wypowiedziane?
M: Bawi to złe słowo. Nie jestem zbyt wygadany i czasem tego żałowałem. Moje wymyślanie to zemsta na tych wszystkich sytuacjach, w których ripostę miałem dopiero po zmianie tematu. Zostawiałem kogoś w przekonaniu, że wygrał dyskusję, mimo tego, że przegrał ją w mojej symulacji uwzględniającej tę niewypowiedzianą ripostę. Ale my tu sobie panujemy, może przejdźmy na ty.

Rozwścieczyła mnie ta poufałość, więc uderzam Mt III w twarz kieliszkiem z wodą, szkło tłucze się, kalecząc skórę Kapłana. Mt III krzyczy jak jakiś zwierz, wyciąga w moją stronę ręce. Chyba chce mnie udusić, więc łamię mu nos prawym prostym. Wychodzę z pubu, w którym przeprowadzałem wywiad. Wracam do domu, godzinę później odwiedza mnie policja. Nie otwieram drzwi. Jestem zbyt zajęty ubolewaniem nad faktem, że współczesne cokolwiek nie może odbyć się bez seksu albo przemocy. Czy wiecie, że Tomasz Beksiński ubolewał nad tym w ostatnim tekście, jaki opublikował? Nie mylić z Bagińskim!

Jak ja nie cierpię tego człowieka, z którym przeprowadzałem wywiad. Ze sposobu, w jaki ze mną rozmawiał, wnioskuję, że lubi spowiadać się obcym ludziom. Niby nimi gardzi, ale chciałby być w centrum uwagi. Chce, żeby ci sami ludzie, których tak unika w sklepach, klaskali w rytm jego poematów. Potem modli się o to, by jego bóstwo zesłało na nich klątwę. Jeśli w tej chwili ktoś przyjmuje antybiotyki z powodu infekcji dróg moczowych, bo preparaty żurawinowe okazały się bezużyteczne, zawdzięcza ją najprawdopodobniej Mt III. Odwiedźcie go na cmentarzu i zatańczcie mu za karę na jego grobie.

Wiecie, kim jest Mt III? Byliście choć raz w tym jego śmiesznym Kościele Wytrzymałości? Teraz, gdy już nie żyje, nie muszę udawać, że go szanuję. Ujawnię pewne fakty na jego temat – umiejętność posługiwania się zaawansowaną, starożytną czarną magią, kryminalną przeszłość, przynależność do różnych organizacji i spożywanie posiłków z niedozwolonych rodzajów mięsa. Moim życiowym celem stało się zniszczenie tego człowieka.

Oda do kawy

Coroczne przeziębienie na powitanie jesieni zaledwie mnie drasnęło. Dzięki niemu odkryłem, że kawa i aspiryna to całkiem niezła przedtreningówka (wrzody żołądka to najprawdopodobniej całkiem niezły temat na bloga). Uwielbiam kawę z moki. Firmowy ekspres zaczął ostatnio robić żałosne napoje, muszę wstawać wcześniej, żeby napić się dobrej kawy u siebie. Ten wstęp brzmi jak wypowiedź schizofrenika tuż przed rozpoczęciem epizodu. Ciekawe, czy będę potrafił napisać całość w ten sposób.

Nie jestem pewien, czy to ja jestem przewrażliwiony, czy po prostu widzę na co dzień osoby, które ktoś powinien sprowadzić na ziemię. Nie moja to wina, drogi kolego, że zgadzasz się na wszystko, o co się ciebie poprosi, i że teraz ponosisz konsekwencje swojego braku asertywności. W dupę wsadź sobie te dodatkowe decybele. Jest jesień, pajacu, a ty zachowujesz się, jakbym skrzywdził twoją mamę.

Żadnej lewocetyryzyny, żadnego budezonidu, o matko i córko, jak cudownie. Piję chyba trochę więcej kawy niż zwykle, bo zacząłem czuć jej smak, na pewno śpię trochę mniej. Wstaję o wschodzie słońca, siódma to całkiem normalna godzina dla dwudziestoczteroletniego mnie. Niebo jest (jakie?) różowe, liście leżą na ścieżce rowerowej i niczym skórki od bananów czyhają na takich, co nie potrafią w jazdę na rowerze. Jesień wyklucza tego typu ludzi z ruchu rowerowego, ale nie oznacza to, że możesz używać mojej ścieżki jako chodnika. Rozjadę cię jak kota zanim obejrzysz się na dźwięk dzwonka.

Mieszkam w tym samym miejscu ponad rok, ale dopiero niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że nie jestem tu anonimowy. Poza rodziną z mieszkania na tym samym piętrze nikogo tu nie kojarzę. Rzadko kiedy mijam się z kimkolwiek na klatce. Sądziłem, że niemożność przypisania ludzi do ich mieszkań działa w obie strony. Z błędu wyprowadził mnie sąsiad z góry, który zapukał do mieszkania, by powiedzieć, że nie zgasiłem lampki rowerowej i żebym zgasił, bo bateria umrze. Rower zostawiam na klatce schodowej przed wejściem do piwnicy i nie mam bladego pojęcia, jak wyłączyć tę lampkę. Po dobrej jeździe może świecić się przez kilka ładnych minut. Fajnie, co nie?