Bluzg na PKS

Byłem pewien, że jest tak tylko w moim województwie, ale poszukałem trochę informacji w internecie. Okazało się, że cały kraj zmaga się z tym problemem, który polega na tym, że jak nie masz samochodu, to trochę przerąbane.

Odniosłem wrażenie, że transport publiczny w Bułgarii działa lepiej niż w Polsce. Możliwe, że w sezonie wakacyjnym nie wyrabia, ale przekonałem się na własnej skórze, że poza nim sprawdza się rewelacyjnie. Bilety są stosunkowo drogie, ale autobusy do miasta oddalonego o czterdzieści kilometrów jeżdżą przynajmniej raz na godzinę, a w sezonie turystycznym jest ich jeszcze więcej. W okolicach, w których spędziłem najwięcej czasu, działa trzech przewoźników. Najprawdopodobniej dogadali się między sobą w sprawie rozkładów, bo nie jeżdżą w tym samym kierunku o dokładnie tych samych godzinach. Ciekawostkę może stanowić fakt, iż w autobusach oprócz kierowców są jeszcze konduktorzy. Na niektóre trasy nie da się kupić biletów w okienku. Wsiada się do autobusu, zajmuje się miejsce i po chwili przychodzi konduktor, któremu pokazuje się miesięczny albo kupuje się bilet. Praktycznie nie da się pojechać na gapę, a nawet jeśli pojedzie się z nieważnym biletem, koszt mandatu nie wyniesie więcej niż równowartość dwudziestu złotych.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam, że Bułgaria jest krajem, z którym Polska nie wytrzymuje porównania. Wręcz przeciwnie – przeciętny obywatel żyje bardzo skromnie, istnieje ogromna przepaść między bogatymi a biednymi. Wystarczy spojrzeć na to, jakimi samochodami jeździ się na przykład w Sofii i w Warnie (w Polsce rzadko kiedy widziałem takie), a jakimi w pozostałych miejscowościach pomiędzy tymi dwoma miastami. Chcę tylko przyznać, że mają tam transport publiczny odpowiadający rzeczywistemu zapotrzebowaniu.

Tego samego nie można powiedzieć o transporcie w moim województwie. Walka Pieprzonej Komunikacji Samochodowej z konkurencyjnym przewoźnikiem wygląda w taki sposób, że obie firmy obniżyły ceny biletów do absurdalnie niskiego poziomu. Rozkłady są ułożone w taki sposób, by autobusy mogły się ścigać do przystanków – kto pierwszy dojedzie, zabiera pasażerów razem z ich kasą. Teraz te wyścigi nie mają już żadnego znaczenia, bo chętnych na przejazd jest najczęściej więcej niż miejsc. Nawet w wakacje, kiedy do miasta numer B nie jeżdżą studenci, na dworzec nie ma co się ruszać bez biletu zakupionego przez internet, bo u kierowcy najprawdopodobniej już się nie kupi. Jeśli się jednak kupi, to będzie się stało, a i tak trzeba być wdzięcznym, że kierowca się zlitował i nie polecił jutrzejszego kursu.

Aha, w dupie mam, że za waszych czasów zawsze tak było. Większość problemów, z jakimi mieliście do czynienia, zostało rozwiązane. Pora na jakiś przyzwoity transport publiczny.

Minęły wakacje, rozkład ciągle taki sam. BlaBlaCar zdechło, a koleś z którym jeździłem, przeprowadził się do miasta numer B na dobre. Nie ma żadnej alternatywy. Nie będę przecież kupować samochodu, żeby raz na dwa tygodnie dostać się do innego miasta. Ostatnio jechałem w niedzielę o godzinie szesnastej. Zająłem jedno z ostatnich miejsc siedzących w busiku dla pierdolonych krasnoludków. Trzydzieści kilometrów później bus przypominał puszkę sardynek. Krokodylki, gdzieście się podziały? Czemu nie zatrzymacie tej karuzeli spierdolenia?

Na chuj mi ten nowy dworzec w mieście numer B? Od lat mówi się o tym, że powinno się wybudować tu lotnisko – jebnijcie się, kurwa, hantelkiem w łeb. To tak, jakby ktoś, kto za każdym razem przypala ryż gotowany w torebce, zabrał się za produkcję metaamfetaminy, bo czemu nie.

Twinaskew

Olaboga. Byłem pewien, że nie lubię wyjeżdżać poza tę magiczną barierę, która roztacza się w promieniu stu kilometrów wokół rodzinnego domu. Tak naprawdę nie lubiłem wycieczek, w których brało udział zbyt dużo osób i które polegały na wielogodzinnym przechodzeniu przez średnio interesujące miejsca.

Do Bułgarii pojechałem sam. Najpierw poleciałem z Warszawy do Sofii, spędziłem tam jeden dzień, a potem pojechałem pociągiem do Burgas, skąd mogłem dostać się do Słonecznego Brzegu – miejsca, w którym planowałem spędzić urlop. Gdybym zorganizował urlop dwa tygodnie wcześniej, mógłbym od razu polecieć do Burgas albo do Warny. Gdy kończy się sezon wakacyjny, takie loty po prostu się nie odbywają. Nie zamierzam jednak z tego powodu rozpaczać, bo dzięki takiej niedogodności zobaczyłem najprawdopodobniej jedno z najładniejszych miast w Europie.

Mała prośba. Nikomu nie mówcie, że bałem się wyjeżdżać. Starajcie się też zachować dla siebie to, że nie umiem w poruszanie się po dużych miastach. Jest to trudne, zwłaszcza, jeśli przystanki autobusowe nie są w żadne sposób podpisane i nie można znaleźć na nich żadnych rozkładów (vide Warna). Google Maps najczęściej nie podpowiada ci w jaki sposób możesz się dostać z punktu A do punktu B, używając środków publicznego transportu (vide cała pieprzona Bułgaria). Jeśli ci jednak podpowie, to już wolisz iść pieszo albo wwalić się w złotówę i liczyć się z tym, że taksiarz w ostatniej chwili może zmienić ustaloną na początku cenę za kurs. Gdyby nie telefon z nawigacją i dostępem do internetu, gdzie na anglojęzycznych forach turyści przerzucają się linkami do stron firm transportowych, przepadłbym. Amen.

W Słonecznym Brzegu poza sezonem nie ma zbyt wielu rozrywek. Większość sklepów było pozamykane, zostały tylko te, w których ceny są normalne. Wypożyczalnie samochodów również były zamknięte, na parkingach stały niepilnowane samochody. Po dyskotekach, klubach nocnych i kasynach nie zostało nawet śladu. To nic, mnie interesowało tylko morze.

Wstawałem, kiedy się wyspałem. Miałem ochotę dużo chodzić po okolicy, to chodziłem. Nie miałem, to chodziłem mniej. Chciałem pójść do muzeum w sąsiedniej miejscowości, to poszedłem do pieprzonego muzeum. Chciałem pojechać gdzieś dalej, to szedłem na dworzec i wsiadałem w autobus. Codziennie jadłem w innej knajpce. Kiedy robiło się upalnie, mogłem wrócić do mieszkania na kawę. Godzinami spacerowałem nad morzem po kolana w wodzie i długo czekałem na najlepsze światło do zrobienia zdjęcia na molo. Sporo błądziłem, na Ozyrysa, jak ja błądziłem.

Mogłem po prostu kupić wycieczkę objazdową i mieć gdzieś stres związany z samodzielnym planowaniem podróży, kupowaniem biletów, organizacją zakwaterowania i tym podobnymi. Zobaczyłbym znacznie więcej miejsc, może poznałbym jakichś ludzi. Myślę jednak, że w takiej podróży mogłoby umknąć coś, co sprawiło, że jestem zadowolony z tego wyjazdu i już planuję kolejny.

As I gaze from my tower

Władze Rzeczypospolitej Polskiej zwracają się z uprzejmą prośbą do wszystkich, których może to dotyczyć o okazanie posiadaczowi tego paszportu wszelkiej pomocy jaka może okazać się niezbędna w czasie pobytu za granicą.

To brzmi jaka jak jakaś modlitwa. Ciarki mnie przechodzą, kiedy czytam te słowa.

Jadę tylko wypoczywać, ale i tak się boję.

Czarny baran

Od czasu do czasu zdarza mi się czytać stare wpisy z tego bloga albo jeszcze innego, którego prowadziłem na początku studiów. Za każdym razem lektura kończy się wściekłym zamknięciem przeglądarki z powodu dojmującego zażenowania swoją niedojrzałością. Pisaniem całkiem skutecznie wypełniałem poczucie pustki – nawet jeśli przez cały tekst użalałem się, że pustkę ciągle czuję. Nie ma się co dziwić, że alter ego niezbyt interesującego człowieka, z którym niewiele osób jest w stanie wytrzymać dłużej niż kilka minut, będzie mało sympatyczne. No cóż, taki byłem/jestem, ale przynajmniej odpowiadając ludziom na komentarze, mógłbym wysilić się na bardziej przyjazny ton, nawet jeśli odważyli się mieć inne zdanie czy nawet zakwestionować sens pisania notki. Lunatyku z przeszłości, wyluzuj, to tylko twoi znajomi z uczelni.

Chyba nie warto się nad tym dłużej rozwodzić, lepiej się śpi, kiedy ma się choć trochę szacunku do swojej osoby. Można co najwyżej zaakceptować ciągłość historii swojego małego świata, na którą niezbitym dowodem jest fakt, iż właśnie ponoszę konsekwencje bycia bucem. Mogę zmienić pracę, miasto, w którym mieszkam, nawet wyjechać za granicę – to żadne rozwiązanie, bucowatość w żadnej kulturze nie jest pożądaną cechą, znajdą się na nią odpowiednie słowa w każdym języku. Przydałoby się zdeptać swoje ego, wysilić się na trochę obłudy, a najlepiej by było jakbym nauczył się dostrzegać w ludziach jakieś pozytywy.

Drogi nielubiany kolego z pracy, z którym piłem piwo w swoim śnie! Czym ja ci zawiniłem, że ignorujesz moje istnienie? Dlaczego jako jedyny nie śmiejesz się z moich żartów i nie rozmawiamy nigdy więcej niż to konieczne? Przecież nie należysz do tego rodzaju ludzi, którzy brzydzą się paplaniem trzy po trzy.

Wyrzygałem znacznie więcej tekstu na jego temat, ale efekt końcowy jest tak melodramatyczny, że lepiej go sobie darujmy. W skrócie – zazdroszczę mu jasnych włosów, niebieskich oczu i jasnej, doskonałej skóry. Jest zauważalnie niższy ode mnie, ale ma drobną budowę, podobną do mojej. Satysfakcję sprawia mi fakt, że ma bardzo wysokie czoło i waży tyle, co ja – musi być nieco zalany, ale to tylko moje przypuszczenie, bo nie widziałem go bez koszulki.

Kiedyś byliśmy kumplami. Ignorowałem to, że z jakiegoś powodu ciągle mnie pouczał w każdej sprawie niczym moja mama. Wychodziło mi to całkiem nieźle, dopóki nie zaczął ZAKŁADAĆ, że coś zrobiłem/pomyślałem albo czegoś nie zrobiłem. Sprzeciwiłem się, przeprosił, ale tak naprawdę się na mnie obraził i zaczął traktować jak powietrze. Trwa to już ponad rok. Mogę tylko życzyć miłego próbowania wzbudzenia we mnie poczucia odrzucenia, wyrzutów sumienia, wstydu i innych niezwykle rzadko odczuwanych przeze mnie uczuć. Zdarza mi się zazdrościć jego sukcesów, cieszę się z jego porażek. Myślę o nim jako o swoim największym rywalu, któremu nie mogę okazać żadnej słabości. Jeśli kiedykolwiek wezmę udział w firmowym wyścigu szczurów, to tylko po to, by go w nim pokonać. Jaką małą, żałosną kreaturą się czuję, kiedy piszę o tym człowieku.

Hipokryzja

Niemal za każdym razem, gdy wracam autobusem z miasta numer A do miasta B albo wyjeżdżam z miasta numer B do miasta numer A, w podróż próbuje wyruszyć też pewien gruby menel z nieodłączną torbą do puszek. Czasem się mu udaje. Samą śmierć zemdliłoby, gdyby musiała choć przez chwilę wciągać nosem powietrze wymieszane z cząsteczkami odrywającymi się od ubrań i ciała tego człowieka. Po co taki ktoś jeździ w tę i nazad, skoro na bank nie pracuje ani nie ma domu – tego nikt nie wie. Może w mieście numer B żebra, bo stać go na piwo, które nieustannie w siebie wlewa, oraz na bilety. A może jeździ dlatego, że od chlania poprzestawiało mu się w głowie i czuje potrzebę poruszania po wyznaczonej sobie trasie każdego dnia. To całkiem typowe dla ludzi, którym brakuje piątej klepki. Jakiego powodu ten człowiek by nie miał, by tak jeździć, łatwiej mi go zrozumieć niż to, dlaczego niektórym kierowcom jeszcze zdarza się sprzedawać mu bilet. Nawet jeśli menel płaci im potrójnie, przyjemność jazdy z nim nie jest tego warta.

Nie przesadzam ani trochę. Jeśli zdarzy mi się spędzić godzinę z tym ludzkim szczurem w jednym autobusie, muszę wziąć długi, gorący prysznic i zmienić ubrania, bo czuję, że smród przeniknął do wnętrza moich włosów, paznokci i pod skórę.

Matko, niech ci ludzie sobie żyją, ale z dala ode mnie. Aresztujcie ich za notoryczne szczanie, gdzie popadnie, śmiecenie, darcie się w miejscach publicznych i zaczepianie przechodniów. Wybudujcie więzienia, gdzie sami zapracują na wino i fajki – zwłaszcza na to pierwsze, bo niektórzy po prostu dostają wylewu chwilę po zobaczeniu niebieskich słoni. Zróbcie coś, żeby byli czyści i chodzili w jakichś normalnych ubraniach. Na litość białych bogów, dlaczego żaden kraj na świecie nie poradził sobie z tym nieszczęściem?

Kiedy idę ulicą albo robię zakupy spożywcze, otaczają mnie menele o różnym stopniu zaawansowania. Właściwie większość facetów po czterdziestce to alkoholicy. Przyjrzyjcie się, ile piw każdy z nich bierze, może któryś z nich weźmie coś jeszcze? Zwróćcie uwagę na to, jak wyglądają gazetki reklamowe sklepów – nie ma jednej strony z piwem, najczęściej są dwie obok siebie, a kilka dodatkowych znajdzie się w ofercie pod tytułem „Tydzień niemiecki” i „Superokazje”. Pomyśl o tym, zanim znowu kupisz sobie piwo, śmieciu.

David Lynch

Należę do tego rodzaju ludzi, który w snach prowadzi drugie życie. Zdarza mi się nawet zapisywać sny w dzienniku i czytać je przed pójściem do łóżka. Dzięki temu coraz lepiej zapamiętuję, co mi się śni. Ze spania też można zrobić rozrywkę – pod warunkiem, że dobrze się wysypiasz. Unikanie używek jest częścią higieny snu.

Ostatnio śniło mi się, że piłem piwo z nielubianym kolegą z pracy, a potem szczaliśmy po ścianach knajpy. Innym razem na wyśnionym obiedzie z rodzicami pojawił się inny współpracownik i dołączył do stołu jakby nigdy nic. Na nikim nie zrobiło to żadnego wrażenia. Tamtej nocy udało mi się nawet uświadomić. Położyłem dłonie na twarzy, która z pewnością nie była identyczna z moją rzeczywistą. Kiedy spojrzałem w lustro, miałem twarz kolegi siedzącego po mojej prawicy.

Chyba pora na urlop.

5 pH w wydychanym moczu

Po czym poznać, który ze współpracowników chodzi na siłownię? Najprawdopodobniej co drugi dzień będzie przynosił z domu własny posiłek i za każdym razem będzie to kurczak z ryżem. Na sto procent będzie pił białkowe szejki, odpowiadając na pytania publiczności dotyczące smaku, działania i wpływu na zdrowie (wszystkie smakują jak neskłik, mięśnie rosną bez żadnych ćwiczeń, nie staje).

Odżywka białkowa to po prostu jedzenie w proszku. Jeden szejk dostarcza mniej więcej tyle białka, co sto gramów kurczaka. Tylko tyle i aż tyle. Odżywki różnią się procentową zawartością i pochodzeniem białka. Niektóre wchłaniają się szybko, inne wolniej. Jeśli zamiast zjeść normalną kolację, wolisz ekscytować się jedzeniem w proszku o chemicznym smaku, coś z tobą nie tak.

Jeśli chodzi o mnie – czasem piję białko, a czasem nie. Piję, kiedy wracam z treningu i jestem głodny, ale jeszcze nie zdążyłem przygotować sobie jedzenia, ewentualnie kiedy w ciągu dnia zjadłem mniej mięsa niż zazwyczaj. Duży palec u nogi kładę na liczenie makroelementów i kalorii, nie chce mi się. Ja chcę tylko dobrze się czuć.

Głos w sprawie Puszczy Białowieskiej

Protesty działaczy Greenpeace przeprowadzane dziesięć lat temu w okolicach mojego rodzinnego miasta były tematem numer jeden we wszystkich ogólnopolskich mediach przez co dwa tygodnie. Argumenty przeciwko planowanej od trzydziestu lat inwestycji były tak nietrafione, że od tamtej pory jestem do ludzi sympatyzujących z tę organizacją głęboko uprzedzony. „Ekolodzy” mówili o siedliskach ptaków, które znajdowały się w innym miejscu. Twierdzili, że obszar nigdy nie został zmieniony przez człowieka, mimo tego, że w przewodnikach o regionie można poczytać o tym, iż przez wiele lat wydobywano tu torf. Szczytem ich ignorancji był moim zdaniem płacz o stuletnie sosny, które zostałyby wycięte w pień.

O nie, tylko nie stuletnie sosny. Nie ogarniam, jakim cudem można przez tyle lat pokazywać się w telewizji w roli obrońcy przyrody i do tej pory nie nauczyć się, jaki jest wiek rębności dla poszczególnych gatunków.

Zatrzymałem się na stuletnich sosnach, bo ostatnio miałem okazję obejrzeć w „Uwaga TVN” reportaż na temat wycinek w Puszczy Białowieskiej. Zaczynał się akurat od liczenia słojów na odnalezionym ściętym „drzewie”. „Sto lat ma na pewno, grubo ponad sto pięćdziesiąt” – mówi facet z aparatem. To wstrząsające, że wycinając w pień wyznaczony do wyrębu kawałek lasu, drwale nie zostawili na środku pustyni tego jednego olbrzymiego „drzewa”. Oburzaj się, widzu. Nic, że nie potrafisz rozpoznać gatunku, nie widzisz, w jakim jest stanie, nie masz pojęcia, z którego miejsca zostało wycięte – zdenerwuj się. Była też wzmianka o tym, że dęby zostały bezczelnie wycięte, mimo tego, że kornik ich nie atakuje. To samo – nie znasz kontekstu, ale fajnie by było, byś się zdenerwował.

Potem nadjechał strażnik leśny albo leśnik i poinformował towarzystwo, że drogą można przejeżdżać, ale nie wolno się zatrzymywać. Chyba ze dwa razy była pokazana kłótnia ze strażnikami leśnymi o to, czemu został wydany zakaz wstępu do lasu i na podstawie jakiego paragrafu. „Ekolodzy” najprawdopodobniej nieczęsto odwiedzają jakikolwiek las, skoro nie wiedzą, że podczas wyrębu nie można sobie po nim chodzić.

Nie wierzyłem własnym uszom, kiedy usłyszałem, jak jakaś kobieta porównuje doświadczenia z leśnikami i strażnikami leśnymi do spotkania z funkcjonariuszami milicji obywatelskiej w okresie stanu wojennego. Czuła się przez nich wyszydzana i traktowana z góry. Prawie umarłem (ze śmiechu), kiedy wspominała o ich pustych spojrzeniach. Nie dziwię się leśnikom, że nie traktują „ekologów” poważnie.

Prawdziwym cyrkiem na kółkach było to, że ci „ekolodzy” przypinali się do kombajnów zrębowych i byli karmieni przez tych, którzy się nie przypięli. Moje zażenowanie spotęgowały ujęcia, jak aresztowani „ekolodzy” stawiali bierny opór tak, by policjanci musieli ich ciągnąć po ziemi. Gdyby nie było telewizji, z pewnością oberwaliby pałami – zasłużenie zresztą.

Wyobraź sobie, że pracujesz nad aplikacją podobną do BlaBlaCar. Projekt powstaje na zamówienie dla zewnętrznej firmy, jest jednym z wielu, nad jakimi pracowałeś. Któregoś dnia do biura wpada pięćdziesięciu pracowników PKS z transparentami, informującymi, że jesteś faszystą, bo odbierasz im pracę. Przywiązują się do twojego krzesła i odłączają twój komputer od prądu. Czy choć przez chwilę zastanowisz się, że ci ludzie mogą mieć rację, czy wezwiesz policję, żeby zabrała ich od ciebie?

W reportażu nie omieszkano wspomnieć o tym, że sytuacja jest zasługą rządu. Chociaż jestem daleki od wychwalania obecnej władzy, muszę przyznać, że winę za konieczność przeprowadzenia wycinek na taką skalę ponosi poprzedni rząd, który na przekór wszystkiemu nie dopuszczał do jakichkolwiek wycinek w Puszczy Białowieskiej. Gdyby zezwolono na wyręby wcześniej, walka z kornikiem, który „robił naprawdę pozytywną robotę”, nie wymagałaby tak drastycznych środków. Tylko część Puszczy Białowieskiej składa się z lasów pierwotnych, drzewostan w znaczącym stopniu został zmieniony przez człowieka, a co za tym idzie, przyroda sama sobie nie poradzi z kornikiem. W interesie Lasów Państwowych zawsze jest postępowanie zgodne z planami przewidzianymi lata wstecz. Jeśli gdzieś jest wyrąb, gdzieś indziej sadzone są nowe drzewa. Celem Lasów Państwowych jest to, by zawsze było co pozyskiwać.

Boli mnie to, że reportaż był niewyobrażalnie jednostronny. Ci, którzy uważają, że te wycinki, to skandal, mają bardzo dużo racji. Ich punkt widzenia został przedstawiony, na pokazanie ich ignorancji też znalazło się miejsce. Zabrakło głosu drugiej strony. W dyskusji na temat, czy w Puszczy Białowieskiej powinno się przeprowadzać wycinki, czy nie, przeciwko „ekologom” jest tylko jeden argument. Jest on jednak na tyle silny, by nie ignorować go w taki sposób. Naiwność aktywistów, którzy uważają, że leśnicy tylko wycinaliby drzewa i sprzedawali nie wiadomo komu, najwyraźniej uniemożliwia zrozumienie, że to, co dzieje się teraz w Puszczy Białowieskiej najprawdopodobniej nie jest walką dobra ze złem.

P.S. Słowa „ekolog” używałem w cudzysłowie, ponieważ oznacza ono coś zupełnie innego niż się powszechnie uważa. Ekolodzy to naukowcy, nie aktywiści.

Problems of translation: Onegin in English

Boisz się, że obudzisz się w grobie? Masz dość nieskutecznych metod zabezpieczania się przed tego typu sytuacjami takich jak popularne w pewnych kręgach „komórka do trumienki”? Śmierć gwałtowna jest tym, czego szukasz!

Jak to działa? Lekarz medycyny sądowej przeprowadzi na tobie sekcję zwłok. By stwierdzić twój zgon, otworzy aż trzy jamy w twoim ciele. Nawet jeśli jakiś cudem trafiłeś na stół żywy, nie ma szans, byś żywy został z niego zdjęty ani tym bardziej sam z niego wstał.

Dla nieprzekonanych oraz niespełnionych samarytan proponujemy podpisanie zgody na pobranie narządów po śmierci. Pogrzebanie żywcem nigdy nie było tak nieprawdopodobne!

Kilka dobrych lat temu podczas rozmowy z pewną Rosjanką napomknąłem, że podczas przygotowań do matury próbowałem czytać „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego w oryginale. O ile po polsku czytało mi się tę powieść przyjemnie, próby przebrnięcia przez oryginał były jak droga przez mękę, więc porzuciłem je po trzydziestu stronach. Rosjanka z uśmiechem stwierdziła, że Dostojewskiego nie rozumieją sami Rosjanie – chyba że są to czterdziestolatkowie po dwóch rozwodach. Polskie przekłady, z którymi miała do czynienia, jedynie opowiadały historię. Niedawno opowiedziałem o tym komuś znanemu, kto ma dom i sad. Stwierdził, że też rozmawiał na ten temat, z inną Rosjanką. Słownictwem, którego używa Dostojewski, przeciętny Rosjanin nie operuje – to słownictwo człowieka wszechstronnie wykształconego. Między innymi dlatego w Rosji o Dostojewskim mówi się, że wielkim pisarzem był, i się go czci, a w Polsce tylko się o nim mówi.

Poza tym „Zbrodnia i kara” została napisana 151 lat temu, przez ten czas język rosyjski zdążył na tyle się zmienić. Lektury szkolne z okresu rozwoju języka polskiego nazywanego nowopolskim mogą wydawać się niezrozumiałe. Mając na uwadze fakt, że języki ewoluują, czuję się zobowiązany oznajmić, że Henryk Sienkiewicz powinien gnić w piekle za stosowanie stylizacji językowych. Nie dość, że „Krzyżacy” mogą wydawać się niezrozumiali, bo powieść została ukończona ponad sto lat temu, to na dodatek jej bohaterowie używają dziwnej odmiany polszczyzny, która tak naprawdę nigdy nie istniała. Nie powinno czerpać się z takich powieści wiedzy na temat, jak wyglądał język polski w czasach współczesnych ich autorom. Jeśli kiedykolwiek usłyszę, że polszczyzna w powieściach Sienkiewicza stanowi jakikolwiek wzór, zamierzam się kłócić.

Odbiegłem od tematu. Wyobraź sobie, że napisałeś powieść, która w kraju stała się bestsellerem. Potężny pan siedzący całymi dniami w ciemnym pokoju z szybą zamiast ściany zadecydował, że twoja książka zostanie przełożona na wszystkie języki. Mimo tego, że jesteś wybitnym poliglotą, zmarnowałeś swoje życie nawet na naukę kanji, hiraganę, katakanę i mitsubishi, to większości z nich nie znasz. Musisz pogodzić się z tym, że jakiś śmieć, który w Czechach jest wybitnym pisarzem, przetłumaczy twoją książkę w taki sposób, że ktoś będzie śmiał się z twojej twórczości. Ten czeski imbecyl, łachmaniarz bez szkoły najprawdopodobniej nie zauważył, że w trzecim rozdziale naśladujesz styl jakiegoś pisarza. Możliwe, że go nigdy nie czytał albo czytał jakieś kompletnie spieprzone tłumaczenie. Całą powieść unikasz używania konkretnych słów, by użyć ich tylko raz, w ostatnim rozdziale, a ten pajac nakurwia ich czeskimi odpowiednikami od deski do deski. Trzeba przyznać, że poprawnie opowiedział historię, ale czy fabuła ma sama w sobie jakąkolwiek wartość?

Domagam się, by nazwiska tłumaczy umieszczać na okładce. Być może kolekcjonuję różne przekłady ulubionej powieści albo zdążyłem niektórych tłumaczy poznać jako marnych pisarzy i nie chciałbym mieć do czynienia z ich twórczością. O ile „The Bourne Identity” Ludluma nie da się przetłumaczyć źle (chyba że autorem przekładu będzie niespełniony poeta), to od tłumacza „Il nome della rosa” Eco oczekuję czegoś więcej – chociażby znajomości kultury średniowiecznej, słów związanych z życiem w klasztorze czy umiejętności naśladowania stylu średniowiecznych kronikarzy. Z kolei od autora przekładu „L’Homme Revolte” Camusa życzyłbym sobie swady, by mnie zainteresować, znajomości literatury światowej i umiejętności posługiwania się terminami literackimi, by nie wprowadzić mnie w błąd.

Dowiedziałem się niedawno, że „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego został napisany oryginalnie w języku angielskim. Autorem polskiego przekładu jest Tomasz Mirkowicz. Co ciekawe to, czy Kosiński mógł napisać tę powieść, w czasie, gdy nie znał biegle angielskiego, jest przedmiotem spekulacji. Taka ciekawostka.

Zastanawiam się, jakim cudem Joseph Conrad, Polak, zdołał nauczyć się języka obcego na tyle, by napisać „Jądro ciemności”. Na motywach tej krótkiej powieści powstała gra „Spec Ops: The Line”, a Francis Ford Coppola nakręcił „Czas apokalipsy”. Powstał też serial, w którym Kurza grał John Malkovich. Sam Joseph Conrad został uznany za jednego z najwybitniejszych angielskich pisarzy.

Na przypadek Vladimira Nabokova po prostu brakuje mi słów. Po prostu nie wierzę, że na tym świecie mógł żyć taki wybitny człowiek.

Zgiń

W filmach stanowczo za dużo się pali. Postaci kreowane przez aktorów palą z pogardą, palą w zamyśleniu, palą po seksie i w trakcie wypowiadania mądrych zdań. Największym tytoniowym absurdem jest moim zdaniem ekranizacja „Dziewczyny, która igrała z ogniem”. Rozumiem, że filmy nie muszą odzwierciedlać 1:1 fabuły powieści, ale skoro okraja się ją, by zaoszczędzić trochę czasu, to chyba nie powinno się przeznaczać go na pokazywanie widzowi Lisbeth Salander palącej przy oknie, na podłodze i przy stoliku. Być może w ten sposób twórcy filmu chcieli podkreślić, jak bardzo zbuntowana jest bohaterka. Pozostawienie tych scen w końcowym montażu mogło też mieć na celu uświadomienie widzowi, że Lisbeth Salander jest palaczką. Ale to tylko moje przypuszczenie i prawdopodobnie nadinterpretacja.

Zamiast tworzyć postać, weź sobie jakiś rekwizyt – brawo, jesteś papierosem. Palenie to zadanie aktorskie, które wbrew pozorom da się wykonać źle. Wystarczy rzucić okiem na pierwszy lepszy film pornograficzny, w którym pojawia się topos człowieka-palacza. Aktorzy, którzy są w filmach palaczami, godzinami przygotowują się, jarając szlugi przed lustrem, by w naturalny sposób wypełnić czas filmu osłanianiem się nieświętą poświatą symbolizującą hedonizm albo autodestrukcję. Niewielu powie, że to głupie, że postać ciągle kopci. Równie bezpretensjonalnym rekwizytem jest kawa – nieważne czy w filiżance, czy w jednarazowym kubku – i alkohol – niemal w każdej postaci. Nikt nie powinien czepiać się o tworzenie postaci, której najważniejszą cechą charakteru jest to, że ciągle żuje gumę.

W przekonywaniu widza, że postać, którą widzi na ekranie, jest człowiekiem z krwi i kości, wszystkie chwyty są dozwolone. Dziwi mnie, że tak rzadko pokazuje się bohaterów filmowych oddających mocz. Akcja przeciętnego filmu trwa więcej niż jeden dzień, w żadnym nie widziałem więcej niż jedną mikcję (chyba że był to film pornograficzny o określonej tematyce), a przecież człowiek oddaje mocz przynajmniej cztery razy dziennie. Co więcej wspomniane oddawanie moczu zostaje pokazane tylko wtedy, gdy chwilę potem dzieje się coś istotnego dla całej fabuły. Cóż za zmarnowany potencjał – proszę sobie wyobrazić twarz Johnny’ego Deppa, która zmienia się w trakcie opróżniania pęcherza. Może w końcu dostałby tego Oscara. Jeśli bohater myje ręce po (niby nic, a wiele mówi o człowieku), koniecznie należy pokazać to widzowi. Potem można pokazać, jak (na przykład) postać wraca do miejsca, w którym prowadził rozmowę prowadzącą do odkrycia faktu wywracającego do góry nogami całą historię.

To, co w filmach lubię najbardziej, to seks. Chyba że akurat oglądam film fabularny, a nie pornograficzny, wtedy już niekoniecznie jestem zaintereseowany słabymi scenami erotycznymi. Nie mówię (tylko piszę), że nie powinno pokazywać się w filmie seksu. Nie podoba mi się, że bardziej rozpoznawalni aktorzy, takich których może znać twoja żałosna matka bez żadnych zainteresowań, są zmuszani do udawania, że uprawiają seks w dosłownie każdym filmie. Sceny pokazujące stosunek płciowy wynikają z często zupełnie niepotrzebnych, napisanych na odwal się, nieinteresujących wątków romansowych. Gratuluję twórcom „Kolekcjonera kości”, że nie poprosili drewnianej Angeliny Jolie o odegranie sceny łóżkowej z niezwykle irytującym Denzelem Washingtonem. Moment, w którym ocierała się z nim dłońmi podpowiadał mi, że mieli taką pokusę. Tych, którzy nie oglądali, informuję – aktor specjalizujący się w rolach Afropolaków grał sparaliżowanego.

W filmach powinna zostać tylko przemoc. Przemoc jest czymś, czego każdy człowiek doświadcza w codziennym życiu.

Spędzanie czasu na tym świecie znowu zaczęło wydawać się jałowe.